Przedstawiam Państwu Ka. Ka ma jedenaście lat i jest z jednej z niewielkich wysp w Kambodży.
Ka minimalnie włada angielskim. Zapytana, gdzie nauczyła się tych kilku słów, odpowiada, że w szkole. Zapytana, gdzie jest szkoła, odpowiada, że w wiosce. Prawda jest taka, że szkoły w wiosce nie ma. Poprzednia zawaliła się ze starości, a nowa dopiero powstaje siłą rąk mieszkańców. Prace ustały na dwa tygodnie, bo brakuje surowca. Obecnie mężczyźni karczują dżunglę, aby zdobyć kolejną partię drewnianych płyt, aby zbić z nich ściany. W wiosce są obcojęzyczne dziewczyny w wieku starszym, które uczą dzieci obcojęzycznych piosenek. I to póki co jest szkoła.
Ulubionym słowem Ka jest "flower", czyli kwiatek. Zaczęłyśmy zabawę w nasze ulubione słowa, każde musiało być opatrzone rysunkiem. Skłamałam, że moim ulubionym jest słowo "cat", czyli kot, bo tylko kota potrafię rysować. Rysowałyśmy kolorowym plastikowym ołówkiem na kawiarnianych serwetkach. Kawiarni w tej liczącej 120 osób wiosce jest dużo. Kawiarni i barów, choć często te dwie rzeczy łączą się. W kawiarni można wypić kawę, wodę lub piwo z puszki, a właściciele,widząc turystę siadającego przy ich stoliku, od razu pytają, czy podać beer. W barze zjeść można ryż z kurczakiem, rybą, wieprzowiną, warzywami lub makaron z kurczakiem, rybą, wieprzowiną, warzywami. W każdej, na rysowanych długopisem na drewnie menu, widnieje także pozycja "Noodle soup". W naszej ulubionej można dostać noodle soup z kurczakiem, rybą, wieprzowiną lub warzywami.
Ka ubrana była w żółty bawełniany komplet, zapewne pochodzący z jednej z fabryk na północy kraju. Ponieważ wyspa oddalona jest od lądu o ponad dwie godziny podróży statkiem, dzieciaki raczej nie wybierają się do miast. Ubrania są im przywożone przez mężczyzn raz na jakiś czas w wielkich paczkach. Byliśmy świadkami takiej dostawy, kiedy na tarasie jednego z drewnianych domów zebrało się około dwudziestu dzieci, które najpierw szybko rozpruły paczkę, a następnie zaczęły mierzyć po kolei rzeczy. Radości i śmiechom nie było końca, szczególnie u małych dziewczynek, które przyniosły na tę okazję całą plastikową biżuterię, którą posiadały. Po dziewczynkach i chłopcach przyszły kobiety, po nich mężczyźni. Każdy wziął, co na niego pasowało.
Ka ma koleżanki o imionach Lily i Tira. Są mniejsze, młodsze. Lily ma około siedmiu lat, a Tira trzech. Dzielą jednak jedną huśtawkę, zbudowaną przez tatę jednej z nich. Huśtawka jest z widokiem na morze i plażę,która ukazuje się jedynie, kiedy jest odpływ. Morze jednak tu jest bardzo regularne, więc plaża ukazuje się o czwartej po południu i znika około siódmej. Te dwie, trzy godziny to czas mężczyzn, którzy zbierają się na tym kawałku piasku, udając, że jest to boisko. Cztery patyki służą za dwie bramki. Piłka jest profesjonalna. Codziennie po czwartej odbywa się tu przyjacielskie spotkanie, niegroźna rywalizacja piłkarska, która dziewczynki oglądają z huśtawki. Każdy mężczyzna może się podłączyć, w tym turyści. Są oni zresztą mile widziani, bo są więksi, lepiej zbudowani, a i w piłkę nożna najczęściej grać potrafią.
Ka lubi ciastka. Kiedy ze mną rozmawia pochłania jedno z nadzieniem kokosowym , aby potem zaprezentować mi nieprzyzwoicie biały, ale oblepiony masą z ciastka uśmiech. Ciasta sprzedawane są w fabrycznych paczkach lub na sztuki, zapakowane oddzielnie. Te, które jadła Ka widziałam później w sklepie, pakowane pojedynczo. Sklepy w wiosce mieszczą się w domach. Otwarte na ulice salony, mają na ścianach podoczepiane półki, najczęściej naokoło pokoju. na pólkach znajdziemy głównie słodycze i alkohol, bo mieszkańcy nastawieni są głównie na spokojnych turystów. Jednak można też uświadczyć kawę, lokalne sosy, kilak kosmetyków. Na środku sklepu najczęściej wisi hamak, w którym buja się pani domu. Nierzadko z przystawionym do piersi dzieckiem. Ciekawe, czy Ka też mieszka w takim sklepo-domu? Musimy zapytać…
Dziś rano spotkałam Ka, kiedy szłam po owoce na śniadanie. Ka mieszka w pierwszym domu w wiosce, licząc od naszej strony. Dom jest otwarty i faktycznie jest w nim sklep, w którym kupowałam już ciastka, jednak inne od tych, które poprzednio jadła. Dziś rano patroszyła z rodziną ryby, które mężczyźni złowili nocą. Światła z niewielkich łodzi rybackich widać tu przez cała nic i jest tak wiele, jak gwiazd na niebie, którego nic tu nie zasłania. Połowy zawsze się udają, gdyż codziennie widzimy rano kobiety przemierzające wioskę, a w dłoniach ich wiszą ryby liczące nawet osiemdziesiąt centymetrów. Tego poranka Ka nie była tak śmiała jak poprzedniego dnia, po południu, kiedy rysowała ze mną na serwetkach. Przy mamie i dwóch siostrach nic do mnie nie mówiła, jedynie uśmiechnęła się na znak, że mnie poznaje.
Po południu także widzieliśmy ją jak wracała z nauki z koleżankami. Wszystkie miały na sobie uniformy, czyste białe bluzki i granatowe spódniczki. Były boso. Kolorowe tornistry zawieszone miały na plecach lub na brzuchu. To tak zwana druga zmiana szkolna. Rano, od dziewiątej do jedenastej, uczą się dzieci małe, w wieku przedszkolnym, od pierwszej do czwartek, starsze, powyżej siedmiu lat. Dziewczęta rozeszły się w podskokach do domów (widocznie tornistry niezbyt ciężkie), by już za dziesięć minut pojawić się znowu na jedynej ulicy w wiosce. Przebrane z powrotem w swoje codzienne umorusane ubrania z bawełny i poliestru.
Dziś Ka pokazywała nam i swoim młodszym koleżankom, jak wygląda klasyczny taniec Khmerów. Taniec wykonywany przez kobiety, oficjalny i dostojny. Pokazywała jak dokładnie ułożyć ręce, jak zginać nadgarstki, jak uginać kolana. Śmiała się z sąsiadek, że nie potrafią powtórzyć jej ruchów. Dołączył do nas na widowni 27-letni chłopak, który mieszka w wiosce dopiero od czterech miesięcy. Przeprowadził się, by pomóc rodzinie. jako jeden z nielicznych zna angielski w stopniu komunikatywnym. On też śmiał się z dziewczyn, nam zaś powiedział, że jest to pierwszy raz, kiedy widzi Ka tańczącą klasykę Do tej pory wolała wywijać przy rytmach hip-hopu. Pokaz dla nas?

Bardzo dużo podróżujesz.
OdpowiedzUsuń