czwartek, 31 stycznia 2013

Biała lampa, czyli poszukiwania rozpoczęte. Bez rezultatu.

Chcemy wymienić lampę szarą na lampę białą. Obecnie mamy lampę z IKEI, metalową. a chcemy mieć lampę niekoniecznie z IKEI, za to lakierowaną. Rozjaśni to nasz pokój i sprawi, że teraz, kiedy lampa nie wisi nad stołem, ale nad kanapą, będzie ona mniej widoczna na tle okien i białych ścian. Obecnie wygląda to troszkę, jak fryzjerska suszarka ondulacyjna, która włączamy podczas odpoczynku.
Czy wiedzą Państwo, gdzie można dostać takie lampy w cenie do 300-350? Wszystkie, które sugeruje internet, kosztują ok. 700-800 zł.

 

 

żródło: Decor8

środa, 30 stycznia 2013

Dywagacje miejskiej dziewczyny. I miejskich kotów.

Wczoraj Koty po raz pierwszy odwiedziły naszą nową pracownię. Ich ulubionym miejscem naszej pracy były oczywiście warszawskie Filtry, gdzie urzędowaliśmy ponad dwa lata temu. A to za sprawą wiecznie otwartego balkonu i zieleni na wyciągnięcie łapy. Budynki na filtrach miały w ogóle ciakwy system. Podzielone były na enklawy,  ogrodzone siatką. W każdej z takich enklaw było sześć budynków. W każdym z budynków było sześć pięter (dobudowane), a na każdym piętrze po dwa spore mieszkania. Mieszkaniom na parterze zostało jeszcze coś na kształt balkonów z czteroskrzdłowymi drzwiamy, które można było w upalne drzwi otworzyć, wpuszczając nieco przewiewu w stuletnie mury.
I te balkony uwielbiały koty. A dokładnie nie balkony, ale to, że były dla nich furtką do lepszego, zielonego świata wycieczek po okolicznych ogródkach. W związku z wędrówkami czworonogów i ja fundowałam sobie niewielki spacer co 20 minut w poszukiwaniu podróżników :)

Basta o Filtrach, czas przejść na... Ogrodową. Bo Ogrodową ogrodową jest jedynie z nazwy. Czerpiąc z przepastnej wiedzy internetu na temat historii naszej pracowniczej ulicy (a muszą Państwo wiedzieć, że szukanie informacji o przeszłości miejsc to mój konik) natknęłam się na informację, że faktycznie w XVIII wieku ulica biegła nieopodal pięknych ogrodów. Następnie stała się miejscem przemysłu i rzemiosła (pierwsze wzmianki  dotyczą browaru) oraz zabawy i tańca (najsłynniejsza sale do pląsania Pod Trzema Murzynami i Pod Trzema Koronami). Co ciekawe, Ogrodowa zapracowała sobie także na opinię ulicy... szarlatanów. Na stronie www.warszawska.info znalazłam ładny fragment o praktykach lekarskich, który zamieszczam poniżej:
Tu przemieszkiwał zmyślony doktor za czasów pruskich, zwany Antosiem. Był to prosty parobek, służący przedtem w aptece Wasilewskiego na Podwalu, który zamiatając codziennie aptekę zbierał rzucane i nie przechowywane wtedy recepty. Po oddaleniu się od obowiązku, uzbierawszy znaczny ich zapas, ogłosił się pomiędzy łatwowiernym ludem za doktora. Proszącym jego rady dawał recepty z worka losem wyciągnięte, zachowując przy tym pewne korowody na sposób loteryjnej gry. Szczęście sprzyjało mu dość długo i do tego stopnia, że nawet osoby z wyższym ukształceniem nie wstydziły się jego progi nawiedzać i szukały w tajemniczym worku ratunku na swoje dolegliwości. Ale wszystko na tym świecie jest zmienne; upadła więc i jego renoma razem z dochodami. Kiedy raz recepta przepisana dla konia dostała się osłabionemu elegantowi, policja ówczasowa sprzątnęła zaraz improwizowanego medyka i po procesie wytoczonym musiał ponieść zasłużoną karę.

 źródło: warszawska.info
 ulica Leszno ---> Aleja Solidarności, ul. Solna ---> kawałek ul. Jana Pawła II
źródło: warszawska.info
 
Dziś ani szarlatanów ani ogrodów na naszej ulicy nie uświadczymy, jednak jest tu nasza pracownia w budynku starej, choć powojennej drukarni. A wczoraj w pracowni były nawet koty. I chyba ze względu na znacznie większą powierzchnię niż w poprzednich pracowniach, nie czuły się tak osaczone jak kiedyś. Po trzech godzinach opanowały to miejsce. Totalnie.

Pierwsza godzina:



Druga godzina:




Trzecia godzina:


I godzina dziesiąta czasu środkowoeuropejskiego. Od nadmiaru wrażen, koty padły:

Kolejna wizyta na wiosnę :)
Wtedy także zrobię zdjęcia naszej ulicy, w dzisiejszym kształcie. Aura nie sprzyja, ulica znacznie lepiej będzie wyglądała w zieleni. Tej, która pozostała.

PS I jeszcze jednak ważna informacja: na wczorajsze maile odpowiadał Białek. Z góry przepraszam :)

piątek, 25 stycznia 2013

Blogi na zimę, czyli gdzie zajrzeć i co poczytać

Uwaga, od razu zaznaczę, że tylko dwa z wymienionych poniżej blogów są stricte wnętrzarskie. A to dlatego, że są też jedynymi, na które zaglądam od kilku lat, o których nie zapomniałam lub które nie przeszły zbyt wielkiej metamorfozy i wciąż je poznaję po pierwszych zdjęciach/wersach. 
Pozostałe blogi to strony polskie lub odsuwające się za zachodnie granice (mniej lub bardziej), dotyczące kultury, reklamy, mody.
Nie wymieniam także wszystkich blogów wnętrzarskich na które od czasu do czasu zaglądam, bo... są wymienione w prawym dolnym rogu strony :) A tych, które poniżej nie wpiszę na listę, nie te tematy. A zajrzeć na nie warto, szczególnie teraz, kiedy spędzamy wieczory w domu, otuleni kocem. A w weekend ma być przwie minus dwadzieścia stopni... Lepiej się ubezpieczyć.

No to po kolei, najpierw trzy blogi polskie:

1. Wczoraj i dziś - OGLĄDAMY
wczorajidzis.blogspot.com
To blog o Warszawie, której już nie ma. Albo o takiej, która jest, ale nieco przerobiona. Powojennie skuta lub odbudowana, nie do końca jednak w formie pierwotnej. Wwielbiam przedwojenną Warszawę, ale w tym zamiłowaniu nie jestem chyba odosobniona. Kiedyś często mówiłam, że Warszawa nazywana była Paryżem Północy, uważając, że to PRZEwyjątkowe wyróżnienie, dopóki nie usłyszałam w Budapeszcie, że był Paryżem Południa. Nie wiem, co było Paryżem Wschodu.
Nie jest człowiekowi wesoło, kiedy patrzy na takie obrazki jak te poniżej, bo Warszawa jaka dziś jest, każdy widzi. Mimo sentymentu i sympatii, nie wesoło.
Przytoczę jeszcze anegdotę sprzed dwóch lat (?) z pobytu osób z IKEI w naszym domu. Bardzo zaciekawieni byli POwojenną historią Warszawy, tym co się wtedy budowało, jak wygląda architektura lat pięćdziesiątych i czym różni się o tej z lat siedemdziesiątych. Pytali, czy to prawda, że mamy pod miastem kanały i tajemne przejścia i czy można je zwiedzać. Pytali, czy Pałac Kultury to wielkie muzeum powojennej stolicy (hmmm, w pewnym sensie tak). Nie dopytywali jednak z wielkim znakiem COOL w oczach, ale z czystą, zdrową ciekawością. Bo jak wygląda przedwojnie, każdy wie. I wtedy uświadomiliśmy sobie (ja i Maciek), że rzeczywiście nie mamy dokąd wysłać głodnych wiedzy przybyszów, oprócz co drugiej ulicy, oczywicie. Ale nie ma pigułki. Chyba, że o czymś nie wiem. Varsavianistką nie jestem, ale proszę mi wierzyć, wejdę w każdy uliczny kąt. I ten nawyk mam od zawsze :)
Koniec wywodów, czas na obrazki. Oto "Wczoraj i dziś", warto dwa razy w miesiącu zajrzeć, obejrzeć.




2. Zwierz popkulturalny - CZYTAMY, CZYTAMY, CZYTAMY
zpopk.blox.pl
Tego bloga odkryłam niedawno, kiedy szukałam recenzji nowego Bonda, aby upewnić się, że nie jestem osamotniona w swoim zdaniu "podobał mi się". Zwierzowi (a w zasadzie autorce, Kasi) też się podobał. I podobało się zwierzowi Życie Pi. I słusznie.
Bardzo bawi mnie ten blog, traktujący o nowinkach i ciekawostkach ze świata filmu. Zwierz pisze o sobie w trzeciej osobie ("zwierz przyznaje, że lubi aktora", "zdaniem zwierza to dobry film") i z dysortografią, co kompletnie nie przeszkadza w czytaniu weblektury z  wielką przyjemnością. Zwierz jest też płodny, tzn. pisze często i dużo, co sprawia, że na tego bloga wchodzę dwa razy w tygodniu. Sama szata graficzna bloga nie jest majstersztykiem, jednak dekorowanie wpisów obrazkami statycznymi lub animowanymi, a przede wszystkim zabawnymi, sprawia, że u człowieka:) pojawia się uśmiech na twarzy. Przyznaję, że GIF z kotem na plaży z poprzednich wpisów został zauważony właśnie na tym blogu.
A zupełnie prywatnie, zwierz ma bardzo podobny gust filmowy do bachora (mnie), a to ułatwia systematyczne śledzenie bloga.
Czyli bachor lubi zwierza.
Polecam na poprawę humoru lub kiedy nachodzi Państwa myśl "Co by tu obejrzeć w weekend?", bo zwierz przegląda także filmy starsze, jak "Fisher King", "Szaleństwa króla Jerzego" czy "Love actually".
PS Akurat przed kilkoma minutami ukazał się wpis o Paryżu. No i to się nazywa zbieg okoliczności.








Trzeci polski blog to hatalska.com - CZYTAMY I OGLĄDAMY
hatalska.com
Na bloga Natalii zaglądam mniej więcej raz w miesiącu. Kiedyś współpracowałam z autorką, kiedy jeszcze była na zatrudnieniu, a nie na samozatrudnieniu:) Ale to było daaaaaaaawno temu.
I chociaż ja o marketingu (a o tym traktuje ten blog) nie wiem kompletnie nic, to przekonuje mnie do niego szczere zainteresowanie nowinkami i pasja w dociekaniu, co nowego wymyślą specjaliści od reklam. Natalia też pisze językiem prostym, zrozumiałym dla laika (mnie) i nie robi wielu odniesień do życia prywatnego, co cenię. Wybiera za to przykłady akcji promocyjnych, które są zgodne z hasłem bloga, czyli "Reklamy, które chcecie oglądać".
Jednak to, co najbardziej podoba mi się w blogu Hatalskiej, to podsumowania i tabelki odnośnie blogosfery i działan promocyjnych w obrębie internetu. Może nie dowiaduję się z nich o rewolucyjnych przedsięwzięciach (bo to tzw. know how, nikt nie zdradza takich informacji ot tak:), ale upewniam się, że ze swoimi rzeczami nie zostaję w tyle. No i blog ten działa też na mnie mobilizująco, bo innym ważnym hasłem Natalii jest "Pisz regularnie!". Amen.





No i blogi z innych podwórek. Najpierw Francja.

Le blog de la mechante - OGLĄDAMY...
www.leblogdelamechante.fr
...i czytamy, jeśli ktoś zna żywy francuski. Ja głównie dlatego tego bloga przeglądam. Eleonore Bridge, autorka pod pseudonimem, posługuje się językiem, którego nie znam z podręczników, nie mam pojęcia, co znaczą niektóre zwroty, a znalezienie ich w słownikach graniczy z cudem. Z pomocą przychodzi jedynie wujek Google, przeczytanie kilka wyświetlonych zdań z użyciem danego zwrotu i dedukcyjne rozszyfrowanie go. Ciężka praca :)
Jeśli nie znają Państwo francuskiego, nie szkodzi. Teksty u Eleonore nie są długie, bo blog opiera się głównie na zdjęciach, przeciągniętych przez postarzający je filtr. Ale za to na zdjęciach mamy Paryż w najlepszym wydaniu, czyli takim prostym, przyziemnym, zachlapanym, a jednocześnie romantycznym i retro. Poza tym polecam zdjęcia z wyjazdów autorki, które chyba zostały zorganizowane przy współudziale serwisu Airbnb. Ale to tylko moje domysły.
Po prostu ładny blog.


 

Made by Girl - OGLĄDAMY
madebygirl.blogspot.com
Zaglądam tu bardziej z przyzwyczajenia niż wielkiego zainteresowania. Blog MBG ma przewagę nad innymi tym, że częściej niż na innych tego rodzaju stronach autorka pokazuje swoje mieszkanie (obecnie mieszka w Nowym Jorku). Zachodnie blogi to często układanki z tego, co znajdujemy w sieci, bez podawania źródeł i specjalnej selekcji. Jennifer z MBG zamieszcza posty codziennie, a mimo to nie są one przypadkowe. W każdym z nich po prostu widać, że to co dziewczynie się szczerze podoba, to zamieszcza. Stąd adresy knajpek, przepisy, rozterki co do nowej kanapy lub sprawozdanie z ostatniej konferencji, na którą została zaproszona.
Jen z Made by Girl znalazła chyba sposób na sukces (właśnie ten "personal touch"), bo czytelników przybywa jej w tempie bolidów z Formuły 1. Gratuluję. I podglądam.



I dwie osoby-ikony. Choć jedna znacznie większa od drugiej i nie piszę tu o gabarytach.

Pierwsza to Kelly Wearstler i jej blog My Vibe My Life - OGLĄDAMY
www.myvibemylife.com
Blog ostatnio prowadzony wybitnie nieregularnie, co wywołuje u mnie lekkie zniechęcenie (Kelly potrafi nie odzywać się przez ponad miesiąc). Wearstler, jedna z bardziej kontrowersyjnych amerykańskich projektantek wnętrz, przeniosła swoją działalność na Facebooka, zapominając nieco o blogu, założonym przecież nie tak dawno. Jednak kompilacje zdjęć na My Vibe My Life, jeśli już się pojawiają, bardzo mnie bawią. Autorka bowiem wynajduje takie potworki, że tylko ona sama wie, jak umieścić je w domach klientów. Od czasu, do czasu, warto zajrzeć, choćby dla "złapania się za głowę".
PS W momencie pisania tego posta strona Kelly zmieniła się diamentralnie. Może to prognozuje zmianę w dobrym kierunku...




Gdybym tylko miała:
a) nieco większe mieszkanie
b) większe zasoby finansowe
c) dostęp do znalezisk zza Atlantyku
...tę rzeźbę postawiłabym w domu. Pasowałaby do podłogi w kuchni.

No i moja ukochana Diane von Furstenberg

Blog: Lip Service i rubryka Flashback Friday - OGLĄDAMY
eu.dvf.com/the-blog/blog,default,sc.html
Są takie osoby, i to nie tylko w świecie mody, które wypowiadając zdania stawiają mocną kropkę. Tak jest i koniec. Nie zawsze zgadzam się z ich sądami, ale zawsze chętnie słucham. Po pierwsze bawi mnie taki sposób mówienia, po drugie podziwiam brak wahania w głosie. Taki był podobno Hemmingway, taki jest Allen i Lagerfeld, taka jest też Diane.
Nie dość, że podoba mi się to, co robi, nie dość, że podoba mi się jako kobieta, nie dość, że podoba mi się jej sposób mówienia, to jeszcze zdjęcia publikowane prawie co piątek na jej firmowym blogu to cudna dokumentacja minionych lat i jej barwnego życia. W cyklu Flashback Friday mamy zatem prywatne fotki Diane z Andy Warholem, z jej czasów paryskich, mamy tu Jerry Hall z jednego z pierwszych pokazów DVF i mamy Diane jako troskliwą matkę. Fajny album fajnej babki :)



Jeśli mają Państwo swoje typy, chętnie podpatrzę i "podczytam".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...