piątek, 26 października 2012

Złoto i pomarańcz na weekend

W Bergamo kupiłam włoską Marie Claire z dodatkiem Marie Claire maison. rzadko zamieszczam na blogu inspiracje, mieszkania innych, ale to cudo na to zasługuje. Biel w podstawie i mocne akcenty. Mniam...
Niestety tekstu nie jestem w stanie przetłumaczyć. Zwróciłam za to uwagę na zdjęcia 1, 2 i 3, a dokładnie na pozycję stołu względem okna. Na zdjęciach 2 i 3 jest on nieco oddalony od zasłon, co daje wrażenie dodatkowej przestrzeni w sfotografowanym domu. Ot, taki sprytny myk.




czwartek, 25 października 2012

IKEA dla pracowni i, no właśnie, dla domu?

My już w Warszawie, czyli relatywnie - w porównaniu z poprzedni  położeniem - na północy. I na chwilę przenosimy się jeszcze dalej na północ, czyli do szwedzkiej IKEI. 
W nowych informacjach prasowych zwróciły moją uwagę dwie rzeczy. Jedna do pracowni. Bardzo przydałoby się takie urządzonko chłopakom/panom. Jako przybornik.



A to już kanapa, na którą patrzę od dłuższego czasu, czyli od kiedy pojawiła się w ogóle w sklepie. Kanapa nosi nazwę Soderhamn i trzyosobowy mebel o długości 186 cm (bez podłokietników) idealnie dopasowalaby się wielkościowo i kolorystycznie do naszego salonu.
I jeszcze jedna zaleta, czyli wymienialna poszewka, co w połączeniu z naszymi kotami, kochającego ostrzyć pazury (nawet ucięte) na meblach oznacza perfekcyjne rozwiązanie. Opcja poważnie do rozważenia!



Materiały pochodzą z serwisu prasowego IKEA

wtorek, 23 października 2012

Trzy sposoby na pyszka pizzę w Bergamo


Nie wiem, czy opisywałam anegdotę bergamowską sprzed kilku lat, kiedy po raz pierwszy przyjechaliśmy na północ Włoch. Wynajmowaliśmy wtedy garaż, fantastycznie przerobiony na mieszkanie typu M1, z designem we wnętrzu i złotą łazienką. Mieszkanie to (garaż) wynajmowała Włoszka, imieniem Francesca. Francesca nie władała mową angielską w stopniu najmniejszym,toteż porozumiewanie się z nią było nieco utrudnione. Którego jednak popołudnia, zaatakowałam Francescę, zjawiającą się u nas co drugi dzień, aby posprzątać (!). Przepuściłam frontalny atak, zadając pytanie o najlepszą pizzę w Bergamo. 
" One question." - mówię i widzę zmarszczone brwi naszej włoskiej gospodyni. Rysuję w powietrzu znak zapytania i słyszę "Si, si, si!". Ok. "Pizza"- mówię. "Si,si,pizza." - krzyczy zadowolona z łatwości komunikacji Francesca. "Bergamo" - podpowiadam. "Ach si, si, pizza Bergamo, pizza Bergamo." Ok. Wskakuję na wyższe tory. "The best" - zaczynam z niepewnością. "Ach, si, si, pizza Bergamo the best, pizza Bergamo the best!" - krzyczy uradowana F. z tego, że zachwalam walory północnego miasteczka. Biorę głęboki oddech i jak w polskich sklepach, kiedy obcokrajowcy próbują dogadać się panią zza lady, cedzę: "Wheeeereeee?". Widzę znów zmarszczone oblicze Franceski. Zamyśla się, przykłada palec do ust, po czym wybucha gwałtowną radością i podnosi ręce z okrzykiem: "Si, si, pizza Bergamo the best, the best pizza. Yes, yes, Bergamo!" I poklepuje mnie po plecach.

Zajęło nam to kolejne 15 minut, by wytłumaczyć, że chodzi nam o dobrą miejscówkę, a tłumaczenie zwierało międzynarodowo brzmiące słowa, jak restaurant, pizzeria, adress. Jednak zdobyliśmy namiary na najlepszą pizzę nie tylko w Bergamo, ale chyba w całych Włoszech. Trattoria nazywa się... nijak i jest na ulicy Masone, w Bergamo dolnym. miejsce wyglądające jak klasyczna stołówka z ponad 400 rodzajami pizzy. Niestety podczas tego pobytu zamknięte, stąd jedynie zdjęcie elewacji. I jesteśmy przekonani na 90%, że to tam, niestety jest to trattoria widmo przynajmniej w google'u :)


Drugi adres zdobyliśmy już sami. W ciekawy sposób, bo idąc główną ulicą górnego Bergamo, zauważyliśmy w przesmyku strzałkę. Nasza wrodzona ciekawość nie pozwoliła nam ominąć tej tajemniczo wyglądającej zachęty i pobiegliśmy w kierunku, który pozywał drogowskaz. Okazało się, że strzałka wiodła do wejścia do restauracji Circolino, na Vicolo Sant'Agata 19. Z zewnątrz niewielkiej. W środku wyglądającej jak świątynia przerobiona na mekkę uwielbiających dobrą kolację Włochów. Akcja klasyk: obrusy w kratę, biegające dzieci i zero osób mówiących po angielsku. Minimalna dawka turystów, za to około 10 pokoi (łącznie z czymś przypominającym spichlerz lub wieżę kościelną) wypełnionych włoskimi rodzinami. Pizza numer 2, w światowym rankingu Maćka.







Trzecie miejsce to pizza na wynos. Nazywa się Pizza alla Fara i w zasadzie to serwujei pizzę i focaccię.
Przy okazji, sprawdziłam, czym róźni się pizza od tego specjału. I znalazłam taki opis: "Jeśli chodzi o różnicę pomiędzy focaccią a pizzą, to ciasto focaccia jest dobrze wyrośnięte i pulchne, z dołkami na całej powierzchni wygniecionymi palcem, a spód pizzy cienki i chrupiący. Pizzę smaruje się sosem pomidorowym podczas ciasto focaccii tylko oliwą przed pieczeniem." No to już wiem :)
W Pizzy alla Fara  (na ulicy Fara) serwuje około dziesięciu rodzajów facacci, jednak ważne jest zarówno to, co się serwuje, jak i to, kto to serwuje i w jakim antourage'u. Właściciele zaręczają, że wszystkie składniki są ekologiczne, a kawałki ciasta podgrzewane są przy dźwiękach Elvisa. Potem już tylko krótki space na pobliską ławeczkę przy samych murach starego miasta. I uczta.







poniedziałek, 22 października 2012

Poznaliśmy Dziki Zachód

Nad Warszawą mgła. A jest taka zasada, że jeśli mgła jest zbyt gęsta, wtedy samolotu nie startują i nie lądują. Nasz samolot, z założeniem wylądowania dziś na lotnisku Modlin w pobliżu Warszawy nie jest wyjątkiem. 
Mieliśmy odlecieć z pięknej mieściny Bergamo dokładnie o 8:55. O 8:30, już po odprawie, na ekranie przy bramce pojawił się jednak napis CANCELATO, oznaczający, że lot jest odwołany. Co robić? Wizzair zadbał o wszystko. 
Trzy godziny później znaleźliśmy się w czterogwiazdkowym hotelu pośrodku wielkiego Nic. Miejscowośc nazywa się Zingonia i jest prowincją Mediolanu, zmieszkaną głownie przez ludność napływową. Na lotnisku spytałam półszeptem stuarta, czy lokalizacja, do której zostaniemy odesłani jest ciekawa. Dyplomatycznie odpowiedział, że hotel jest niczego sobie, jednak sama wioska "not so much" (nie do końca). 
Na szczęście 2 kilometry od Zingonii znajduje się mikromiasteczko Verdellino, a następne 2 kilometry dalej - Verdello. Verdellino, z którego właśnie wróciliśmy to takie "god forsaken town", miasteczko zabite dechami, zapomniane przez boga. Poniedziałek to w Europie zachodnio-południowej w ogóle dzień wielkiej sjesty, ale Verdellino wydaje się niekończącą się sjestą. Verdello jest ździebko lepsze. Większe i bardziej "żywe": kościół większy i starszy (chyba romański, wnioskując z bryły i materiału), rynek bardziej obszerny i nawet supermarket Billa. Nikt nie mówi po angielsku, ale język migowo-łapkowy pozwolił nam na wyłudzenie informacji o najlepszej pizzerii. Tyle dobrego…
Złe za to są wiadomości z Polski. Mgła nadciąga nad nasz zimny kraj, jak głosi Gazeta Wyborcza (screen poniżej). A lot powrotny za dwa dni. A internet cieniutki...


sobota, 20 października 2012

Bergamo (prawie) bez słów


Na początek krótka anegdota o przejęzyczeniu. Dawno dawno temu popełniłam zabawny błąd językowy. Zdarza mi się to dość często, szczególnie na tym blogu, więc nikt nie zwraca już na to większej uwagi. Niestety na ten lapsus Maciek zwrócił uwagę szczególną. Przy jakiejś nie do końca ważnej okazji, zamiast powiedzieć o kimś "fotoreporter", powiedziałam "fotoreportek" i tak już zostało. Szczególnie w moim kontekście i używane w minucie, w chwytam za sprzęt do robienia zdjęć. 
A więc oto my, fotoreportki i nasz staruszek-aparat. 
Jeśli nie przekonują kogoś zachwyty moje, jak i komentujących na temat miasta, w którym się znajdujemy, może pomogą zdjęcia. Lichej jakości, bo aparat powoli zaczyna odmawiać współpracy, ale chyba wystarczające, aby oddać klimat tego gorącego w ten weekend zakątka Włoch. 





Citta Alta (Górne Miasto) ogradzają mury obronne z XVI wieku. A od ogromnymi murami pasą się owce, owieczki, kozy i kózki. I osioł.






I tak po pięciu godzinach spaceru - dom. A potem pizza!


Mam także taką przypadłość, że będąc w mieścinie, która mi się spodoba od razu szukam taniego i wygodnego sposobu, by do niej wrócić. I tak znalazłam wiadomość, że tanie linie lotnicze RyanAir mają promocję do poniedziałku, w której bilet do Bergamo kosztuje nawet 29 zł. Więcej nie powiem, nie śledziłam, nie klikałam. Ale polecam, bo nas lot kosztował 400 zł (2 osoby w obie strony). Można tanio i wybornie!

Potrójny włoski weekend

Pobyt w Bergamo rysuje się pod znakiem potrójności. Po pierwsze: jesteśmy tu razem po raz trzeci. Po drugie: Wczoraj tłumaczyłam Maćkowi, że nasza podróż tu to jak trzydniowa sobota. wczoraj bo wolny dzień, a pierwszy wolny dzień weekendu to sobota. Dziś, bo rzeczywiście jest sobota. Jutro, bo to nasz ostatni pełny dzień pobytu tu, ale ponieważ w poniedziałek wracamy w dzień, to siłą rzeczy też mamy wolny, więc wtorek będzie dla nas jak poniedziałek. Zawiłe? Ale przekonało. :)
No i po trzecie tej potrójności: mamy domek jak ten z zestawów dla lalek Barbie, składany. Jeden pokój na każdym piętrze, wielkości tych hotelowych, więc to w sumie wynajęli trzy poziomy w mikrohotelu :)

I teraz mała prezentacja:
POZIOM 0: Poziom wejścia. Wchodzimy od razu na schody, których zresztą w tym domu dostatek.

POZIOM 1: Salon. Salonik. Prawie wszystkie meble w naszej kamienicy są dokładnie z tego samego drewna, ciemnego, starego, rzeźbionego. Wyjątek stanowi zabudowa kuchenna. W salonie natomiast należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy:
1. Piękne lustro, zawieszone nad kanapą.
2. Kominek, który umieszczony jest po stronie ulicy i elewacji. Maciek kręci głową, że tylko apragmatyczni Włosi mogli coś takiego wymyślić, bo przy takiej instalacji - jak mówili w Alternatywach 4 - "mamy 150% strat na ogrzewaniu." Na szczęście w Bergamo jest prawie 20 stopni, więc jesteśmy w trybie "Wyłączyć."


POZIOM 2: Kuchnia. Kuchnia, jak wspominałam, różni się minimalnie kolorem od salonu i sypialni, jednak jedynie tak "czepliwe" oko jak moje jest w stanie to wyłapać. Kuchnia jest urokliwa, szczególnie po otwarciu okienka. Glenda, właścicielka kamienicy, zostawiła nam kubusiowe co nieco, czyli sucharki, wypieki z Carrefoura, masło, dżem. Co zabawne, maż Glendy jest właścicielem kawiarni w Bergamo, więc wszystko, co znajduje się w kuchni ma czerwony napis "Cafe del Viale". Nawet saszetki cukru.


POZIOM 3: Sypialnia z łazienką. Ten poziom wygląda jak typowy pokój hotelowy, pokoik z wielkim łóżkiem, szafą, komodą i oknem, a do tego łazienka. Przewagą jednak jest to, że sypialnia to jeden z czterech ( a na upartego pięciu) poziomów domku, a cena wynajmu całości jest porównywalna z opisanym pokojem hotelowym. W sypialni możemy zauważyć czerwone (piękne!!!) schody, prowadzące na antresolę.


SZCZYT: Antresola. Wspięcie się po kręconych schodach to wyczyn kaskaderski - są  tak malutkie i tak skręcone. Przestaje to jednak dziwić w momencie kiedy pokonamy już ten diabelski dowód wnętrzarskiego kunsztu i zobaczymy, że łóżka na antresoli są rozmiaru krasnali. Bo to, mili Państwo królestwo dla dzieci. I to z jakim widokiem...





A wszystko to pisał... Bachor, przy śniadaniu. 

piątek, 19 października 2012

Witamy z Bergamo!

Miasteczka, położonego niedaleko Mediolanu (o ile ładniej brzmi nazwa Milan). Niewielka historyczna mieścina i punkt tranzytowy zauroczyły nas już dawno, więc na weekend doładowujący baterie - idealna. 
Dom, w którym mieszkamy to w zasadzie nie dom, nie mieszkanie, ale... kamienica. Kamieniczka o szerokości 6 metrów, za to z czterema, a licząc strych-antresolę, pięcioma piętrami. Prawdziwy kosmos i podczas wszystkich naszych europejskich wojaży czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Sfotografuję poszczególne sektory jutro rano, a póki co, prezentuję uliczkę i widok z okna. 
Polecam Bergamo z całego serca. Loty tanimi liniami kosztują mniej niż doba w SPA, a na duszę (chociaż biorąc pod uwagę piesze wycieczki, na ciało też), działa lepiej niż niejedna świątynia piękna i spokoju.

poniedziałek, 15 października 2012

Made & Remade, czyli perły z lamusa

To, że przekładam stare rzeczy z duszą nad nowe z designem nie jest tajemnicą. Jednak kiedy znajduję ludzi, którzy wyszukują stare rzeczy z designem, lampka z napisem "perełka" zaczyna migotać. 
Na szczęście coraz więcej osób trudni się tym rzemiosłem i coraz więcej także wystawia się na Allegro. A tam znaleźć ich najłatwiej. 
Najłatwiej także przerobić mebel zachowując jego formę, a wyrywając poduszki, obicia, materiały i zastępując je krzykliwymi zamiennikami. Wtedy wkraczamy w tzw fun design, który może jest ulubieńcem gazet, ale nie do końca sprawdza się w klasycznym mieszkaniu. 

A na Allegro - i przy okazji, w Poznaniu - znalazłam sklep CLASSIC MODERN, który zajmuje się wyszukiwanie starego duńskiego piękna wnętrzarskiego. Meble są odświeżane bądź po renowacji, ale pozostawione w oryginalnej formie. Drewniane oczyszczone i zakonserwowane olejem jak czyniono to przed laty. Te tapicerowane pozyskują zaś nowe poszycie. Nie ma tu kolorowych kropek, ani obić z materiałów Ikei. I chwała im za to!

Znalazłam tu także kanapę, która cudnie prezentowałaby się u nas w salonie (tak, tak, nadal trwają poszukiwania!). Widzę jednak dwie przeszkody na drodze do sfinalizowania zakupu. 
1. Cena mebla przekraczająca 3000 zł
2. Maciek, reagujący na mebel "Nie". 
Ale i tak pokażę. Państwu, nie jemu :)



I pozostałe meble, choć większość już sprzedana:







"Słownik przyprawowy" jest zdecydowanym faworytem, szczególnie, że Maciek rozwija się ostatnio kulinarnie. Jednak dla wszystkich z Państwa, którzy chcę pooglądać vintage'owe meble made in Denmark / remade in Poznań, wystarczy kliknąć na link poniżej :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...