Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nicea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nicea. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 listopada 2011

Trzeci post w kolorze lazurowym - ostatni

Moja koleżanka, Angelika, z którą ponad rok wkuwałam francuskie słówka, tak cieszyła się ze swojego ostatniego pobytu w Paryżu, że przy najmniejszej okazji - a raczej bez okazji - kłóciła się ze sprzedawcami, że pomidory nie są wystarczająco dojrzałe.
I ja dziś osiągnęłam właśnie ten stan. Pytałam już pań i panów za kasą, jak jest wafelek do lodów, gazeta w podstawowym i mniejszym formacie, zapalniczki na gaz lub benzynę i wspomniana już nakrętka na kawę na wynos (PS Dziewczyny w McDo - jak mówią Francuzi - przemiłe, przepomocne i przecierpliwe). 
Wrzucam ostatnią porcję zdjęć w lazurowym klimacie i mówię Francji: Au revoir!















I muszę jeszcze wyznać, że każdego wyjazdu przywoże dwie podstawowe rzeczy: saszetki cukru z knajpek (tu przyznaję się do kleptomanii) i motyw przewodni, jak w filmie. I tym razem jest to numer z 1972 "Brandy". I proszę volume na full, bo przy tym lepiej ogląda się lazurowe obrazy. A i historia w piosence zacna:

piątek, 11 listopada 2011

Pierwszy post w kolorze lazurowym


Oni wylądowani. Zapoznani, wypakowani, obeznani w okolicy.
Standardowo na początek prezentuję zdjęcia mieszkania, w którym się zatrzymaliśmy. Casa Cathy to apartament (kalka z języka zachodniego) ma prawie 80m2 i znajduje się w centrum miasta. I na czwartym piętrze bez windy, ale do tego już zdążyliśmy się przyzwyczaić. W Paryżu mieszkaliśmy już na schodkowych drugim i (uwaga!) siódmym piętrze, w Mediolanie ostatnio na trzecim, więcej schodów nie pamiętam. Schody nicejskie są jednak o tyle gorsze, że nie dość, że w podobieństwie do paryskich są kręcone, to jeszcze same stopnie są bardzo wysokie. Znam takich, którzy po trzech schodkach, zmieniliby miejscówkę na hotel z windą (i tu puszczam oko, bo wiem, że jeden z nich czyta:) 
Apartament nicejski nie ma tego uroku, co mediolański, ale ma taras. I taras jest spory. I z pięknym widokiem, aczkolwiek nie na morze, nad czym ubolewam. Byłam przekonana, że na zdjęciach, zamieszczonych w internecie zza winkla wyłaniał się jednak lazur francuskich fal. Ale jak mówili w "Misiu": Trudno, co robić. Proszę mi wierzyć, że 20 stopni i poranna kawa na tarasie to wystarczające zadośćuczynienie.
PS A dziś ja, szalony fotoreporter (najpierw napisałam "fotoreportek", cudo!), wyruszam na podbój ulic, nie pokoi.
















Aaaach, i zapomniałam. Od kiedy uczę się francuskiego (a to już 14 miesięcy), za każdym razem, kiedy mamy styczność z ludnością znad Sekwany Maciek wymyśla mi zadania na "Dzień dobry".
Za pierwszym razem, znając około 100 słów, musiałam  w Bureau de Tabac (miejscu, gdzie można znaleźć jedynie papierosy, alkohol i używających obu tych specjałów wesołych panów) zapytać o zapalniczkę.  Nie będę rozwijać tematu. Za drugim razem, po ok. sześciu miesiącach nauki, dostała ofertę zapytania w markecie elektronicznym o ładowarkę do apartu i kabel USB, łączący komputer z aparatem właśnie. Po ciężkich bojach, mamy drugą ładowarkę i drugi kabel. Tym razem okazało się, że w naszym mieszkaniu nie ma WiFi, więc należy kupić kartę Pre-Paid i dowiedzieć się a) czy na pewno internet będzie z nią działać; b) jak ją doładowywać. Pierwszy przystanek: Bureau de Tabac… Oj.
Ciekawe, o co będę pytać jutro, bo ładowarki i kabelki mamy. I trochę szkoda, o wykułam słówka…

PS2 Internet zbójecko drogi. Skazani na McCafe, ale tu też się szkolę. Dla zainteresowanych: przykrywka na kubeczek z kawą: capuchon, jak kaptur.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...