czwartek, 26 marca 2015

Dom piękny, czyli przeskakujemy z Wietnamu do Ameryki

Dzisiaj powrót do korzeni na blogu, czyli po prostu piękny dom.
Domy gwiazd najczęściej mnie nie powalają. Są całe na beżowo albo reprezentują styl na wskroś amerykański, który nie należy do moich ulubionych.
Co minnego dom Jessica Alby, który został zakupiony przez nią dawno, a teraz postanowiła go wynajmować. Miło wynajmować taki dom. Myślę też, że nie za tanio :)











zdjęcia pochodzą ze strony domainehome.com

A jutro od nas zatoka Ha Long Bay w pochmurny dzień. I tak warto.

środa, 25 marca 2015

Jak to jest pracować z drugiego końca świata, czyli da się, choć nie jest łatwo

Przez kilka lat mocno pracowaliśmy na to, żeby móc wyjeżdżać. Przez kilka lat nasze wakacje, choć częste, nie trwały dłużej niż 2-3 dni. Tak krótki czas pozwalał jedynie na przemieszczanie się po Europie. Jednak chcąc wszystkiego samodzielnie dopilnować oraz będąc zaangażowanym w mnóstwo czynności w firmie, nie sposób było zostawić biznesu na dłużej. Szczególnie jeśli pracuje się 7 dni w tygodniu. 
Przełom nastąpił w zeszłym roku, kiedy postanowiliśmy po raz pierwszy pozostawić naszą cudną ekipę na dłużej. Wymagało to sporych przygotowań, czyli nasze ostatnie dwa miesiące przed wyjazdem były walką o to, aby przez następne dwie trzydziestodniówki naszej nieobecności, klienci wciąż zaglądali do naszych firm. Akcje promocyjne, nowe współprace, ustawianie przyszłych montaży, projekty graficzne do wykończenia podczas naszej nieobecności. W pracy nie ma pardon i klienci nie przyjmą argumentu, że część ekipy jest akurat w Azji. Też bym nie przyjęła. 
Na szczęście mamy zgraną ekipę, która lubi to, co robi. Naszych partnerów warszawskich :) Zgromadzenie takich ludzi nie jest prostą sprawą, ale o tym już były książki pisane, więc nie ma co rozwijać tematu. Ważne, że się opłaca. 
Mimo, że Dekornik i Kumate Studio są w Warszawie normalnie prowadzone, my także pracujemy. Wytyczną i absolutnym minimum jest to, żeby przynajmniej raz dziennie być pod mailem. Odbieranie wiadomości od klientów, wystawianie faktur, rozpoczynanie nowych projektów wymaga megalogistyki. Stąd na przykład zanim wyjedziemy do danego Państwa, sprawdzamy dostępność internetu oraz karty prepaidowe, umożliwiające nam stworzenia własnego hotspotu, czyli punktu, gdzie możemy przez przeszkód łączyć z największym dobrodziejstwem współczesnej cywilizacji. Poza tym należy szybko reagować na niespodzianki jak zablokowany Facebook w Wietnamie. Co robić? Szukać hotelu, który ma - swoimi sprytnymi sposobami - odblokowane połączenie. U nas Facebookiem zajmuję się ja, więc dostęp do tej usługi jest dla mnie kluczowy. 
Co oprócz tego robię z podróży? Bardzo dużo. Projekty dla naszych klientów graficznych, tzw. general idea. Kiedy to jest wypracowane, wysyłam projekt do skończenia, do pracowni. Co też wymaga szybkiego internetu, a karta tego nie załatwia, bo ma ograniczony transfer. Dlatego znów trzeba szukać kawiarni lub hotelu z szybkim łączem. I planuję Dekornika. Bardzo dużo czytam i tworzę plany. Kiedy rok kurczy się z 12 miesięcy do 9, wszystko wydaje się bardziej klarowne. Jest stare powiedzenie, że im mniej czasu masz, tym jesteś bardziej produktywny i w moim przypadku sprawdza się w 100%. Przez 10 miesięcy w poprzednim roku zrobiliśmy więcej niż 2 lata temu. A w tym roku planuję hiperkatywność, do której właśnie się przygotowuję. Wyjazd daje na to czas (nie jesteśmy uwikłani w tzw. everyday life) i potrzebną perspektywę. Ale za niecały miesiąc wracamy i - jak to się ładnie mówi - do roboty! Nie mogę się doczekać!



A to już w wietnamskiej kawiarni dla nastolatków. Muzyka gra aż uszy puchną, kilka par gra online na rozstawionych komputerach, a ja popijam pyszną kawę i próbuję się skupić. Jest ósma rano czasu lokalnego, a za oknem przelotny wiosenny deszcz. Niebo. 
Przepraszam za jakość zdjęć, ale są z kamerki w laptopie. Stąd także taka pozycja, nie mieściłam się razem z kawą w kadrze :)

wtorek, 24 marca 2015

Przez Wietnam jednośladem, czyli jak nam odbiło

No to porwaliśmy się na coś, czego Maciek chciał dokonać już rok temu, ale z braku czasu zaniechał. Przemierzamy Wietnam, od góry do dołu na motocyklu. Motocykl został kupiony w Hanoi, gdzie wylądowaliśmy z Filipin. Motocykl w Hanoi kupić stosunkowo łatwo, wystarczy pokręcić się po turystycznej dzielnicy, poszukać innych bladych twarzy na jednośladach i wypytać, skąd mają swoje cuda. Każdy z nich będzie miał wizytówkę. I my taką właśnie wizytówkę dostaliśmy od dwóch Autriaków na dwóch bardzo głośnych motocyklach. W dzielnicy turystycznej jest także mnóstwo warsztatów z tabliczkami "Motorbike sale", ale te "sejle" wcale nie są takimi okazjami. Minimalne kombinowanie, a znajdziemy motocykl o nawet 100 dolarów taniej.
Ale wróćmy do sedna sprawy, czyli sensu wyprawy. Przemierzanie Wietnamu wzdłuż taką metodą jest dość powszechne. Przynajmniej wśród śmiałków. Maciek takim śmiałkiem jest. Mamy niewielki motocykl w Warszawie (nawet dwa, jeden nie jeździ, jest do sprzedaży) i Maciek jeździć jednośladem uwielbia. O podróżach wietnamskich czytał. Dużo czytał przez ten rok. Blogi, fora i wszystko, co pisali prawdziwi ludzie w prawdziwymi przeżyciami. Wszyscy pisali, że podróż jest wyczerpująca, tania i godna. 
W Hanoi trafiliśmy na zakład "pod mostem". Niedaleko mostu na czerwonej rzecze, który oddziela dwie części stolicy (podobnie jak w Warszawie) był warsztat Tony'ego. Tony skupuje stare motocykle, a następnie rasuje je wewnętrznie i zmienia im umaszczenie. Najczęściej na zielone lub czarne. Na koniec dokleja na baku czerwoną gwiazdę, jeden z symboli swojej ojczyzny. Taki motocykl (zielony) i my posiadamy. Hondę, choć Maciek ma pewne wątpliwości, czy oryginalną. Kosztowała 240 dolarów i dla wszystkich zainteresowanych oświadczam, że jest to optymalna cena. W dzielnicy turystycznej ta sama Honda będzie kosztować ok. 320-350 dolarów.
Wietnam to prawie 2000 kilometrów. Od Hanoi do Sajgonu. Z północy na południe. Przez zadziwiającą naturę i małe wioski. W górach i nad morzem. Wszędzie, gdzie się da, oby zdążyć na lot powrotny, który mamy w połowie kwietnia. Jeszcze miesiąc w podróży, tym razem "własnej". Życzcie nam powodzenia. Będziemy raportować!

poniedziałek, 23 marca 2015

Real Leaving, czyli "prawdziwe życie"?

Czegoś tu nie rozumiem. Real Living, czyli miesięcznik po angielsku, przepełniony pięknymi, całkiem ekskluzywnymi wnętrzami. 123 tysiące fanów na Facebooku. A na ulicach bieda i język tagalog.
Ale miesięcznik piękny. Piękny!











Aby zobaczyć stronę (po angielsku) filipińskiego wydania Real Living, kliknij poniżej:
www.realliving.com.ph
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...