wtorek, 3 marca 2015

KAMBODŻA w pigułce, czyli subiektywny przegląd nasz



Kambodża, jak wszyscy czytający wiedzą, jest moim krajem ukochanym. Nigdzie nie ma takiego klimatu, świątyń, uśmiechów i przede wszystkim dzieci. Nigdzie nie ma takiej biedy, choć Kambodżanie twierdzą, że sąsiedni Wietnam jest uboższy. Bieda nie jest piękna w Kambodży. Ludzie są piękni. Historie opowiadane otwierają serce, a dzieciaki rozrywają je na strzępy. na każdym kroku czuć tu kulturę/religię. Czubki świątyń wyłaniają się znad popalonych słońcem palm. Ogromne drzwa wdzierają się w mury zabudowań. Ogrody i przedsionki świętych miejsc są też miejscem zabaw dla bosych dzieci, które właśnie wróciły ze szkoły, a jeszcze nie zdążyły zdjąć mundurków. Wszędzie kurz, skwar i czerwona ziemia. Piękny kraj. 

To kawałek liryki, a teraz bardziej praktycznie:

1. Waluta

W Kambodży płaci się dolarami, dlatego jest to najprostszy karj dla Amerykanów. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego “zaoceańczycy” spośród tylu biednych krajów wybrali akurat Kambodżę, jako ten o którym wspomina się najczęściej, ale teraz wiem. Przybycie do Kambodży jest dla nich trochę jak przybycie do kolonii (nawet jeśli mnóstwo tu wpływów francuskich) - dzienniki po angielsku, bankomaty wypłacają dolary, w lepszych knajpach (bo tylko po takich chodzą) obsługa mówi po angielsku. Do tego tani masaż (10 dolarów) i jedzenie (od 1 do 3 dolarów).
Mieszkańcy Kambodży wyłudzają. Nie chodzi o żebranie na ulicach (tego akurat jest niewiele), ale o podbijanie cen. Kiedy zobaczą bladą twarz, produkt nabiera wartości. Czasem nawet dziesięciokrotnie. Dość łatwo jest to wychwycić, bo większość autochtonów nie potrafi kłamać i przed podaniem ceny długo się zastanawia lub pyta szefa. Wtedy trzeba się uśmiechnąć, dać do zrozumienia, że wiemy, że jesteśmy wkręcani i podać swoją cenę. Najczęściej dobijamy targu.



2. Wiza

Wizę dostaje się w momencie przekroczenia granicy. Zdjęcie nie jest wymagane, ale lepiej się ubezpieczyć. Całość kosztuje 35 dolarów, choć podróżnicy udzielający się na forach internetowych twierdzą, że da się wywalczyć przepustkę za kilka dolarów mniej. Nam się nie udało i nie było mowy i przekonujących uśmiechach. Kambodża to kraj okrutnie skorumpowany, więc każdy dolar z kieszeni turysty to 20 centów dla wszystkich, którzy w tym łańcuchu wyłudzania uczestniczą. 

3. Koszt życia. 

Znikomy. Choć oczywiście zależy, gdzie jesteśmy. W turystycznym (i okropnym) miasteczku Sihanoukville na wybrzeżu cena pokoju hotelowego nie schodzi poniżej 15 dolarów za standard godny prusaka. Z kolei w mieście Battambang (pisałam z zachwytem) świetny pokój dostaniemy już za 10 dolarów. Na drogi pobyt (relatywnie) możemy się także przygotować w miastach Phnom Penh (stolica) i Siem Reap (Angkor Wat). Przy reszcie miejscowości 10 dolarów to luksus. 
Jedzenie: zawsze jedliśmy na tzw. garach. Polega to na tym, że kilka kobiet gotuje na ulicy (na ogniu, nie na gazie!), a potem chowają wszystkie potrawy w wielkie naczynia, a każdy głodny podchodzi i odchylając pokrywę zagląda, co dziś mamy w menu. Porcje są niewielkie, dlatego wszyscy z wilczym apetytem powinni zamówić dwa dani i jedną porcję ryżu. Cena nie przekroczy 2 dolarów, czyli 7,5 złotego. Chyba, że damy się naciągnąć. 
Podróże: Zawsze mówiliśmy, że przemieszczanie się jest najdroższą częścią naszych podróży. Nieważne jak tanie jest życie w danych kraju, długie dystanse pokonuje się za sowitą opłatą. W Kambodży przejazd z punktu A do punktu B, które oddalone są od siebie o 300-400 kilometrów to koszt 20 dolarów, czyli dwóch nocy w hotelu. Na szczęście i tu można zaoszczędzić, bo sprytni tubylcy wymyślili coś takiego jak hotelbusy, czyli coś a la nasze PKPowe kuszetki. Tylko w autokarach.


4. Jedzenie. 

Powtórzę: stołowaliśmy się na ulicy, więc nie wie, jak wyglądają pozycje w menu restauracyjnym. Jednak na ulicy można zjeść pysznie i - co nie zdarza się w e wszystkich krajach - na ciepło. jako przekąski królują tu parówki, szaszłyki i kanapki ze słodką kapustą i masłem z cukrem. Przepyszne, choć przekonanie się do spróbowania ich zajęło mi równy rok. W tym roku jednak jadłam bułę jak oszalała. Za parówki wciąż dziękuję. 
Main course, czyli danie główne mamy do wyboru. Może to być bida-zupa, gotowana na tym, co ze zwierzęcia zostało. Do tego kucharki dorzucają liście, warzywa i cokolwiek, co spotkały na targu tego dnia. Może to być makaron ryżowy z warzywami, orzeszkami ziemnymi i - jeśli ktoś preferuje - pewną formą mięsa, np. robakami. Zalewamy to słodkim sosem orzechowym, który pachnie fatalnie, ale jest lepszy niż pyszny. Po trzecie może to być ryba, których jest tu ogrom, ale nie mogę się rozpisywać, bo nie znam tematu. Po czwarte możemy uskuteczniać wycieczki na tzw. gary, czyli nasz ulubiony model żywieniowy. W garach codziennie jest to samo (lub prawie to samo), jednak jest ich taka mnogość, że na pewno będziemy mieli w czym wybierać przez dwa tygodnie.





No i kawa. W Polsce z kawą nie przesadzam. Tu nadrabiam. Małe ruchome konstrukcje, za którym stają panie i panowie, przelewając cały dzień kawę z jednego kubeczka do drugiego. Tę samą kawę. Parzenie kawy w Kambodży wygląda inaczej niż w Polsce. Kiedy pan/pani przeleje już wywar trzydziestokrotnie, nalewa mieszankę do wysokości 1/3 szklanki. Następnie dolewa gorącej wody z pojemnika, stojącego na ogniu (nie gazie!). Koniecznie z dużej wysokości, aby wszystko się wymieszało. Jeśli decydujemy się na kawę z mlekiem skondensowanym, całe parzenie poprzedza wypełnienie dna szklanki dwiema łyżeczkami słodkiej mieszanki. 
Powyższy opis jest jednak kompletnie bezużyteczny, bo Kambodżanie nie znają kawy na ciepło! Jeśli powiemy “Coffee” od razu pada pytanie “Ice coffee?”. Jednak właściciele ruchomych kawiarenek są uroczy i pozwalają palcem pokazać po kolei, co chcemy i jak chcemy naszą kawę mieć przygotowaną. Choć i to nie zawsze skutkuje.









Czego się wystrzegać:
- kupowania bez targowania. Bo wtedy stajemy się tymi naiwnymi. 

Co na pewno zastaniemy na miejscu:
- muchy i komary. No niestety. I to czasem w miejscach żywieniowych. W poprzednim roku widzieliśmy na targu ludzi siedzących na odpadach, śmieciach, otoczonych przez muchy i jedzących z pobliskich garów. Maciek powiedział krótko: “Nie.”
- czerwona ziemia. Wszystko spowite jest w delikatnej czerwonej mgle. Nic przyjemnego, choć ma swój urok. Może mniejszy dla tych długowłosych (do których się zaliczam), bo kiedy zsiadamy po przejażdżce skuterowej, nasze włosy nie dość, że zmieniają kolor na rudy, to jeszcze sterczą do tyłu jak spryskane lakierem marki L’Oreal. Może by to opatentować?
- pobite gary, czyli obiad z garnków, wystawionych przez pracowite kobiety. Pyszności. I najtańsza opcja żywnościowa. 
- arbuzy. Najlepsze moim zdaniem w Azji, która poznałam.



- “Tuk tuk sir”, czyli zawołanie przejęte z pobliskiej Tajlandii. Tuk tuki to niewielkie pojazdy, bazujące na silniku motocyklowym, do transportu ludzi na niewielkich odległościach. Dla turystów, wciąż nagabywanych przez miejscowych tym zawołaniem powstały nawet specjalne koszulki “No tuk tuk today, no tuk tuk tomorrow.” Dostępne wszędzie, gdzie występują tuk tuki. 
- mnisi. Kambodża kojarzy się ze zdjęciami mnichów na tle ich dum, czyli Angkor Wat. I tak rzeczywiście jest. Chodzą ulicami gęsiego lub jeżdżą taksówkami skuterowymi i wyglądają zjawiskowo.


- Taylor Switf. Moja nowa ulubienica. Jak wyczytałam przy okazji wietnamskiej fascynacji tą osobą, piosenkarka amerykańska pop, jednak wywodząca się z nurtu country music. Niebrzydka, nieutalentowana. 
- karaoke. Cała południowa Azja zwariowała na punkcie śpiewania. Nie wiem, które karaoke jest gorsze, wietnamskie czy kambodżańskie. Oba na pewno są nietrzeźwe. 
- table z piwem Anchor. To taka sprytna forma reklamy, jak u nas tablice Coca Coli na budkach z kebebami. Czyli prezentujemy menu, a w rogu prezentacji dajemy logo napoju, sponsora. I tu ta forma reklamy pięknie się przyjęła, jednak w innych proporcjach. Logo piwa Anchor zajmuje 4/5 tablicy, szyldy danej kawiarni, a nazwa miejsca to niewielkie litery pod spodem. Białe na czerwonym tle. Prawie jak Coca Cola. 
- Revlon. Tak, tak, ta firma kosmetyczna. Opanowała Kambodżę. Kiedy byliśmy w Battambangu trwał właśnie festyn Revlona, którego makijażystki malowały przechodzące kobiety. W marketach w stolicy i najbardziej zmurszałych sklepikach na prowincji i tak znajdziemy lakier i podkład amerykańskiej firmy. Jak? Dlaczego? Nie wiem. 





Co przywieźć na prezent:
- herbaty i kawy. Szczególnie te herbaty pięknie opakowane. Efekt na obdarowanym - murowany. 
- przyprawy. Kambodża słynie z pieprzu z miejscowości Kampot. Pięknie opakowany, w słoikach będzie idealny prezentem dla wszystkich kuchniomaniaków. Poza tym znajdziemy kolorowy wybór wszystkich dodatków w cenach niższych niż te od firmy Prymat.

PS bardzo przepraszam za przerwę w postach, ale... zostaliśmy okradzeni z telefonu, który służył nam jako hotspot i baza zdjęć. Teraz nie mamy wszystkich tych rzeczy. Obecnie jesteśmy na Filipinach (to tu nastąpiła zbrodnia) i właśnie przygotowuję o nich wpis. Umieszczę jutro :) Do przeczytania!

niedziela, 22 lutego 2015

Battambang, czyli miasto o zabawnej nazwie...

...ciekawej architekturze, dobrym jedzeniu, miłym klimacie...
Wymieniać dalej?



Zacznę może od samej nazwy Battambang i legendy, która się z nią wiąże. Battambang to języku Khmerów “zaginiony kij”. Ów kij należał do pewnego pastucha, który pewnego dnia odkrył, że dzięki niemu może kontrolować zachowanie swojego stada. Jeden gest sprawiał, że krowy stawały się posłuszny, szły tam, gdzie chciał, spały. Od czasu tego odkrycia pastusze życie stało się bardzo wygodne. Stało się też jednak nudne, bo pastuch stwierdził, że skoro może wpływać na zwierzęta, dlaczego nie wpłynąć na ludzi i uczynić ich sobie podległymi. Powoli właściciel cudownego kija zjednywał sobie kolejnych podwładnych aż stał się królem swojego narodu. Przepędził wówczas panującego króla wraz z rodziną i sam (no, z kijem) objął rządy. Przepowiednia dla nowego króla głosiła jednak, że nie porządzi długo. Zostanie zdetronizowany przez mnicha, który przybędzie na białym koniu. Od tej pory samozwańczy król zaczął się obawiać. Jego obsesja pogłębiała się i pewnego dnia postanowił wezwać wszystkich mnichów z królestwa na dwóch. 
Niedaleko w górach zamieszkiwał syn obalonego króla, który w wieku młodzieńczym postanowił się przyłączyć się do pokojowej grupy, noszącej pomarańczowe szaty. W dniu wydania dekretu wzywającego mnichów do stolicy zachorował. Choroba była ciężka, jednak rozkaz króla ważniejszy. Mnich wędrował więc powoli do miasta, przystając co jakiś czas z braku sił. Podczas jednego z postojów spotkał człowieka, który ulitował się nad chorym, dał mu schronienie, a nad ranem podarował nawet swojego konia, aby ten nie musiał przebywać drogi pieszo. Mnich dosiadł rumaka i w cudowny sposób odzyskał siły, zdążając na dzień przyjęcia mnichów przez króla. 
Król, ujrzawszy przybysza na białym koniu, wpadł w popłoch. Zrozumiał, że przepowiednia właśnie zaczyna się spełniać. Chcą zapobiec katastrofie, złapał kij, uniósł dłoń do góry i wypowiedział rozkaz. Magia nie zadziałała. siły wyższe sprawiły, że przeznaczenie wzięło górę nad chciwością króla-pastucha. ten przestraszył się, usiekł czym prędzej z dworu i wyrzucił po drodze kija, który jego zdaniem stracił moc. 
Jednak tubylcy wierzą, że kij wciąż ma magiczną moc i ukryty jest jest gdzie na ziemiach należących do miasta Battambang. 




A teraz współcześnie. Battambang to drugie co do wielkości miasto w Kambodży i podobno ważnych ośrodek handlowy. Kiedy w wypożyczalni skuterów dano nam mapkę okolicy, ważnych punktem była na niej np. fabryka Pepsi. Jest tu także rzeka, którą zachwycają się autochtoni, jednak nie odkryliśmy w niej nic szczególnego, oprócz zapachu. Battambang ma za to trochę kolonialnej zabudowy, bardzo tanie jedzenie (ryż z dodatkami to wydatek 3 złotych), pyszna słodka kawa oraz sporo marketów z nieziemskimi owocami. nie warto jednak siedzieć w samym battambangu lecz wypożyczyć skuter i jechać, gdzie nas oczy poniosą. Każdy kilometr trasy kryje w sobie prawdziwe perły. Ogromne usypy, czerwone drogi, złote świątynie, posągi Buddy pod samo niebo, pola spalone słońcem i to co od zawsze najbardziej urzeka w Kambodży, dzieci ciekawe turystów. Zwiedzając okolice miasta zaczynamy wierzyć, że magia wciąż działa…


















wtorek, 17 lutego 2015

Pomysł na okleiny, czyli przenosimy się z Azji do Europy

Ale tylko na moment. A za sprawą fajnego materiału z Madame Figaro, który prezentuje okleiny na meble, niekoniecznie użyte tak, jak instrukcja przykazuje. Wklejam zdjęcia, bo urzekają. Pomiędzy Francją a estetyką istnieje jednak znak równości.






poniedziałek, 16 lutego 2015

Wszystkie nasze czworonożne, czyli tam, gdzie nigdy nie jesteś sam

Podróżując po krajach południowej Azji, należy mieć świadomość, że nawet jeśli wynajmujemy prywatne mieszkanie, dom lub bungalow, nigdy nie będziemy ich jedynymi lokatorami. Będą nam tu towarzyszyć gekony, myszy (w skrajnych przypadkach szczury), komary, karaluchy, mrówki. A na zewnątrz wierne psy i leniwe koty.
Takich mieszkańców naszego domku mieliśmy na Koh Rong Samloem w Kambodży.











Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...