środa, 19 listopada 2014

Co u nas, czyli krótkie sprawozdanie ze spraw codziennych

Co u nas?

Troszkę mniej dzieje się na blogu po naszym przyjeździe z Maroka, ale to dlatego, że piekielnie dużo dzieje się w tzw. realu.
Zadomowiliśmy się z naszymi produktami na dwóch dużych portalach sprzedających i promujących design, czyli na Pakamerze i DaWandzie. Wydaliśmy w końcu katalog z dekoracjami dla dzieci, z którego jesteśmy wyjątkowo dumni. Katalog “zaskoczył” i naklejki z niego sprzedają się wyśmienicie. Skaczemy pod sufit.
A do tego przygotowujemy coś specjalnego na bloga. Taki mały powrót do korzeni, do pierwotnego tematu naszej obecności w strefie blogerów. Remonty, dekoracje, demolowanie i urządzanie z powrotem, czyli wszystko, czym już kilkakrotnie żyliśmy. Myślę, że spodoba się Państwu.

Poniżej prezentuję zaś filmik z portalu Dom i Wnętrze. proszę zwrócić uwagę na białą sarenkę. Wygląda jak nasz jelonek, któremu połamały się rogi. A jeśli tak, to nasz jelonek był pierwszy!

niedziela, 16 listopada 2014

I po Maroku, czyli czym zaowocował nasz wyjazd

Płytki marokańskie tak nas zauroczyły, że postanowiliśmy stworzyć kolekcję oklein, inspirowanych wzorami z różnych części Europy. I północnej Afryki, czyli Maroka.

Okleiny na meble to dobry pomysł, kiedy nie chcemy wyrzucać starych szafek w kuchni lub stołu w jadalni. W razie czego zapraszamy do naszego sklepu: www.dekornik.pl. Można też śmiało pisać na adres: zapytaj@dekornik.pl





A przy okazji opublikuję jeszcze jeden post, który napisałam i wciąż nie mogę znaleźć przejściówki, aby zrzucić dla Państwa zdjęcia do zilustrowania. Znajdę, wkleję.
A my powoli wracamy do europejskiego, pracowniczego nastroju...

Słownik Marokański, czyli co warto znać. Nie tylko po to, aby nie zgubić się wśród tutejszych opowieści i wskazówek, ale tak w ogóle, generalnie. Warto wiedzieć,co następuje poniżej.

Berberowie (Berberzy) – najważniejsze słowo w Maroku - rdzenna ludność północnej Afryki i Sahary pochodzenia chamito-semickiego. Stanowią w większości odrębny typ somatyczny w ramach rasy białej, nazywany w nauce berberyjskim. Wielu ma do dziś niebieskie oczy, rude, bądź jasne włosy. Berberowie są uważani za rdzenną ludność Północnej Afryki. W Maroku Berberowie to od 25% do 33% procent ludności, w zależności od źródła. Arabskie władze prowadzą politykę ich wynaradawiania i asymilacji.
Nazwa Berber pochodzi od łacińskiego barbarus – barbarzyńca. Sami siebie Berberowie nazywają Amazigh (l.mn. Imazighen) – "ludzie wolni".
Między innymi charakterystyczny szacunek do kobiet wyrażający się monogamią oraz prawem współdecydowania o ważniejszych sprawach rodziny wspólnie z mężem.
Na emigracji wnieśli szczególnie ważny wkład w kulturę francuską. Przykładem jest tu cała plejada aktorów, piosenkarzy, na przykład Isabelle Adjani, piłkarz Zinédine Zidane.
Nasz gospodarz z Imsouane był Berberem. I był z tego bardzo dumny. Chyba wszyscy Berberowie podkreślają swoją przynależność, bo i w Marrakeszuu na targowiskach, przy okazji zakupów od tak demaskowali swoich przodków. A kiedy dziękowaliśmy im za zakupy lub pogawędkę ich berberskim “Tenmyrt”, byli w stanie nas wyściskać, wycałować i nie wątpię,że i oddać cały dobytek. Hassan zresztą podkreślał gościnność i otwartość swojej nacji, opisując, że jako dzieciak nie raz był świadkiem, kiedy jego rodzina zapraszała nowopoznanego przybysza do domu, zabijała dla niego kozę,robiła ucztę, oferowała nocleg. Za nic. Za rozmowę na migi. Hassan z kolei zaznaczył nam ostatniego wieczora, że w zasadzie nie koleguje się ze swoimi gośćmi (arabskie naleciałości). Nie chce skracać dystansu, rozmydlać granicy pomiędzy tym, co jego (gospodarza), a tym co obce (gościa). U nas tę drogę skrócił internet. A dokładnie jego brak w wiosce. Hassan był jedynym nam znanym mieszkańcem, który miał zasięg i potrafił stworzyć sieć. A że internet, choć funkcjonował, to tempo miał tak wolne jak marokańskie osiołki, ładowanie chociażby skrzynki mailowej trwało kilka minut. Więc i rozmowa musiała się kleić. I tak co wieczór gościliśmy w mieszkanku Hassana, który okazał się cudownym gospodarzem i towarzyszem wieczorów. Wszystkowiedzący 28-latek, abstynent, były lokalny dealer haszyszu, a obecnie nawrócony biznesmen na cudzych włościach w spokojnym Imsouane. Fantastyczne opowieści, zabawne potyczki słowne (“Wiesz, co oznacza Twoje imię, Kasza? Kocyk!” “ A czy wiesz Hassan, co po polsku oznacza kasza? Kuskus!”), sporo edukacji oraz wzajemnej sympatii. Jeśli wszyscy Berberzy są tacy, zmieniam narodowość :)

Ksar - ufortyfikowana osada lub siedziba plemienna, wznoszona z gliny i kamienia, często w oazach na pustyni na szlaku karawan. Ksary rozpowszechnione są przede wszystkim na obszarach zamieszkanych przez Berberów. Do dziś istnieją ksary w …. i są głównymi atrakcjami turystycznymi.

Kasba – forteca, ufortyfikowany zespół obronny górujący nad miastem. Nazwa spopularyzowana przez zespół The Clash w hicie "Rock in the Casbah" :)

Medyna - termin oznaczający starą dzielnicę arabskich miast. Mieszczą się tutaj bazary, główny meczet i wąskie uliczki, liczące kilka setek lat. Sprzedawcy, biedota, knajpki, osiołki i konie, bezpańskie szczęśliwe koty, krzyczący mężczyźni, którzy nie życzą sobie zdjęć. Tygiel na cztery fajery.

Muezzin  – mężczyzna pięć razy dziennie wzywający z minaretu wiernych do modlitwy.
Zanim znajdziemy hotel, apartament, riad do zamieszkania, upewnijmy się, że obok, na słupie, nie znajduje się głośnik.

Minaret – wysoka, zwykle smukła wieża stawiana przy meczecie z nadwieszonym balkonem lub galeryjką, z którego muezin może nawoływać wiernych na modlitwę.
Wyróżnia się wiele regionalnych typów minaretów – na przykład charakterystyczne dla północnej Afryki minarety na planie czworobocznym lub cylindryczne charakterystyczne dla wschodniego świata muzułmańskiego. Obecnie najwyższy minaret na świecie ma 210 metrów wysokości i wznosi się przy Meczecie Hassana II w Casablance.

Riad jest tradycyjnym marokańskim domem lub pałacem z wewnętrznym ogrodem. Słowo riad pochodzi od arabskiego terminu do ogrodu, „ryad.” Charakterystyczna konstrukcja tych mieszkań w regionach przybrzeżnych Maroka była adaptacją i modyfikacją willi romańskich. Dla riadów charakterystyczne były ogrody usytuowane wewnątrz budynku oraz brak dużych okien zewnętrznych. Wizyta w riadach jest często miłym doświadczeniem i pozwala odpocząć od zgiełku panującego na zewnątrz. Dziedzińce w riadach są jak oazy pośrodku pustyni. W centralnej część ogrodu w tradycyjnych riadach często znajduję się kilka drzewek pomarańczy lub cytryny i ewentualnie fontanna. Ściany w riadach były pięknie ozdabiane. Wiele Riadów działa obecnie jako hotele i restauracje.

Suk - arabskie targowisko. W północnoafrykańskich miastach suk odbywa się codziennie, na wsi jednakże – raz w tygodniu, w dni targowe. W miastach północnoafrykańskich sklepy i stragany mieszczą się w starych, wąskich ulicach o ciasnej zabudowie. W wielu domach na parterze znajdują się warsztaty i sklepy otwarte na ulicę. W sklepach sprzedaje się wyroby wytwarzane w warsztacie położonym na tyłach domu. Na suku można kupić wszystko, od wyrobów z mosiądzu i dywanów po ciasto z miodem i pieczone mięso z przyprawami.

I jeszcze ciekawostka, czyli od czego pochodzą nazwy marokańskich miast. Znalazłam, co mogła. Jeśli znalazłam źle, chętnie wniosę korektę. Jeśli pominęłam nazwę z ciekawą etymologią, też proszę o wpis w komentarzu.
Agadir - z języka arabskiego “ufortyfikowany spichlerz”.
Marrakesz -  z języka Tamazight od słowa "mur(n)akush", które oznacza: "Ziemię Boga".
Casablanca - z hiszpańskiego “białe miasto”
Rabat otrzymało swoją współczesną nazwę od Ribat-el-Fath, co oznacza "zwycięski". Nazwa miasta pochodzi od warownego klasztoru Ribat, który został zbudowany w X wieku przez ludy berberskie.
Tanger - z języka tamazight, od słowa "Tingis", które oznacza bagna.
Fez - pochodzi prawdopodobnie od arabskiego słowa oznaczającego motykę, którą znaleziono, kiedy kopano fundamenty pod pierwsze budowle.
Meknès Swoją nazwę zawdzięcza plemieniu berberskiemu Meknassa, które je założyło.

Nazwa Maroko pochodzi od zniekształconej przez Hiszpanów nazwy dawnej stolicy Marrakeszu.

PS Przy tworzeniu słownika pomagała mi Wikipedia.

piątek, 7 listopada 2014

Halo taxi, czyli kilka słów o taksówkach w Maroku

Chwilę o taksówkach, bo te w Maroku to rzecz zabawna. Mają kilka kolorów i do każdego koloru przypisany jest dystans, jaki możemy przejechać. Czerwone samochody, tzw. petit taxi to dwuślady poruszające się na niewielkich dystansach po Agadirze. Każde miasto ma swój kolor - białe, czerwone, rozmydlony błękit. Jeśli chcemy pojechać dalej, musimy złapać lazurowego Mercedesa. Mercedesy te mają co najmniej 30 lat, miliony przejechanych kilometrów i gromadzą się zresztą na specjalnych placach w pobliżu dworców autobusowych (Gare Routiere). I tak, aby dostać się np. z Marakeszu do Agadiru należy:
1. Złapać w Marakeszu taksówkę, która dowiezie nas na dworzec. 
2. Złapać autobus
3.Złapać z dworca autobusowego w drugim mieście niebieską taksówkę, która dowiezie nas do czerwonej taksówki
4. Złapać czerwoną taksówkę, która dowiezie nas do hotelu.
Nie zawsze ta droga jest tak skomplikowana, ale warto się ubezpieczyć. 
Poza taksówkami istnieją także tzw. voiture privee, czyli po prostu prywatni ludzie / przewoźnicy, którzy łapią tych, których autobusy wyrzuciły na pustkowiu. Tak dostaliśmy się na Imsouane (przemiły staruszek wyłowił nas z takiego pustkowia i nakazał się do siebie “przyczepić”). Przejazd ok. 7-8 kilometrów kosztował nas 2 euro. 

No i ostatnią formą transportu, wyjątkowo tu popularną, są tzw. taxi colectif. Oznacza to tyle, że zanim wsiądziemy do taksówki, należy zapytać wszystkich wokół (lub oni sami zapytają Ciebie), czy jadą w Twoją stronę. Wtedy koszt taksówki (niebieskiej) rozkłada się na tyle osób, ile zdołamy zmieścić w samochodzie. Nasz rekord: sześciu pasażerów.


Dwa miasta w Maroku, czyli biało, czerwono, pięknie...

Bardzo chciałabym pisać systematycznie, jednak jedną z rzeczy deficytowych w Maroku jest internet.Teoretycznie jest wszędzie, praktycznie zawsze coś stanie mu na przeszkodzie, żeby funkcjonował tak, jak powinien. Ostatnio był to portier w recepcji hotelu, który nie znał hasła dostępu. Ten sam portier spytał nas zresztą, czy jesteśmy małżeństwem, inaczej nie wynajmie nam pokoju. Spragnieni poduszek pod głowami, skłamaliśmy. I niech nam siła wyższa (i pan z recepcji) wybaczy. 

Ale nie o tym. Dziś o dwóch magicznych miastach Essaouira i Marrakesz. Dwa bieguny oddalone od siebie zaledwie o 150 kilometrów mogą podzielić turystów na dwa obozy. Essouira to miasto białe, Marrakesz to miasto czerwone. Essouira to miasto portowe, Marrakesz położony jest u stóp gór. Essaouira to miasto lokalne, Marrakesz to miasto turystyczne. 



Do Essaouiry trafiliśmy przypadkiem. Z tak małej mieściny jak Imsouane (poprzedni post, czytaj tutaj) trudno wydostać się ogólnymi środkami komunikacji, ponieważ te tam nie dojeżdżają.Jesteśmy zdani na taksówki, które zresztą w Maroku są chyba najpopularniejszym środkiem transportu. Poprosiliśmy naszego gospodarza Hassana, żeby ściągnął nam kogoś,kto jest w stanie wydostać nas z Imsouane. Z mieściny surferskiej do Marrakeszu jest około 250 kilometrów, do Essouiry zaś jedyne 90. Koszt rozkłada się następująco: Marrakesz - 100 euro, Imsouane 30 euro . Podjęliśmy decyzję,że przeniesiemy się do bliźszego (tańszgo) miasta, a następnie znajdziemy niedrogi autobus do tego dalej położonego.

Załączam zdjęcia z obu miast, choć zdjęć z Essouiry jest znacznie więcej ze względu na mniejszą liczbę turystów. Miasta poznają Państwo po kolorach, ponieważ w tym pierwszym naprawdę trudno znaleźć budynek w kolorze Sahary, a w tym drugim nie uświadczymy barw oceanu. Essaouira to miasto dla tych, którzy nie lubią zgiełku. Można tu odpocząć, szczególnie jeśli znajdzie się swoje miejsce na herbatę z miętą. My ponad godzinę siedzieliśmy w kawiarni na wielkim placu, tuż przy murach obronnych. Maciek wyznaczał nam marszrutę, a ja konwersowałam z przemiłym Francuzem w wieku emerytalnym. Francuz uciekał z żoną do Maroka co roku, przed zimą. Uciekał na cztery miesiące (moje marzenie). Powyżej czterech miesięcy podobno trzeba już wyrobić wizę. Przebywając tu powyżej trzech miesięcy należy jedynie założyć konto bankowe i przelać fundusze z banku francuskiego do marokańskiego. Kwoty wpłacane w gotówce nie są przyjmowane, ze względu na uprawiany tu proceder “prania pieniędzy”. Jest to dla mnie rozczulające, kiedy widzę krzepkich dziadków, rozbijających się po Europie/Afryce/Azji w poszukiwaniu lepszego miejsca na gorszy czas. Spotkaliśmy Szwedów w Grecji, Anglików i Niemców w Kambodży, Norwegów w Tajlandii, teraz Francuzów w Maroku. Takich, którzy dzielą swoje życie na to “zarabiające” i to “nagradzające”. To krzepiące uczucie, jeśli ciężka praca (spotykaliśmy samych pracowników fizycznych) i zarobki w państwie rodzimym, podstawowym, pozwalają na takie życie. 
Zupełnie inny stosunek do przybyszów mają oczywiście Marokańczycy. Różnica “finansowa” pomiędzy jednymi a drugimi jest powalająca. Choć mój francuski dziadek uparcie twierdził, że w Essaouirze wszyscy są dla niego przemili. A co jest mówione po kątach, to już nie jego. My kilkukrotnie spotkaliśmy się z tym, że mieszkańcy podchodzili do nas i dziękowali za odwiedzenie ich kraju. I to jest rozczulające. 















Marrakesz z kolei to miasto wariackie. Zgiełk, handel i jednoślady, prujące po wąskich uliczkach Mediny w prędkością światła. Medina to stare miasto, zamknięte murami obronnymi. To jeden wielki targ, gdzie kupimy od tuszy wołowej i przypraw po maski afrykańskie i meble. Medina dzieli się jeszcze wewnętrznie na Suk, czyli oryginalny targ sprzed … lat oraz targowiska ościenne, troszkę świeższe, nowsze. Przeczytałam na jakimś blogu, że Marrakesz to miasto,które warto odwiedzić i… jak najprędzej z niego uciekać. Podpisuję się pod tym zdaniem. Pochodzić, pooglądać, poprzekręcać głowę na prawo i lewo, powdychać, pogadać, pożartować. I uciekać, bo decybele mogą uczynić spustoszenie w psychice. W Marrakeszu warto zatrzymać się na jedną noc ze względu na cudowne hotele - riady - na starym mieście. Prawie każdy z nich ma fantastyczny plac w środku, otoczony pokojami, nierzadko także basen lub drzewka owocowe. To przystanki jak z bajki: kolorowe tkaniny, czajniki i lampiony jak dla Dżina, ceramika budząca pląs w oczach, a do tego tarasy i szklarnie. Zamiast tysięcy nocy, spędźmy tu jednak jedną, aby przeczekać do świtu. Ten czas wystarczy, aby urzec oczy i zmęczyć uszy. Marrakesz nigdy nie zasypia i nawet w nocy dotrą do nas odgłosy śmiechu, kłótni, przekomarzań.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...