niedziela, 22 września 2013

Na górze róże, czyli górne miasto Cagliari

Cagliari to trochę takie Bergamo. Tylko inne...
Chodzi mi o budowę miasta, topografię. Citta alta i citta bassa, miasto górne i miasto dolne. Miasto górne, otoczone murem. Tam zabudowa jest mniejsza, niższa, a uliczki węższe. Turyści są zaś pod wrażeniem, jak nieliczne samochody lawirują pomiędzy dwupiętrową zabudową, pomiędzy którą mamy "czterokrokowy" odstęp.
O ile jednak w Bergamo citta alta jest skrajnie turystyczna, o tyle tu, w Cagliari, mamy górę autochtonów. Po 22.00 miasto roi się od... ludzi z psami. Psy wyprowadzane są do citta bassa, bo na górze trudno o zieleń. Psy są zwożone przeszkloną windą. Nie wiem, jak widzą psy, ale ja - wjeżdżając na górę - widziałam za dużo. Winda, czyli stalowy pałąk z przeszkolnym pudełkiem. Jak dojedziemy na wysokość kilkunastu metrów, wychodzimy na metalową ptarformę o długości pięciu metrów. Chciałabym tak codziennie wychodzić do pracy. Albo z psem. 








A jeśli już o zwierzętach mowa, to proszę zobaczyć, jakie mamy kłębowisko kotów pod sardyńskim blokiem. Białego nazwałam Dudek. Imię idealnie wytłumaczy zdjęcie z drzewem. Szarego nazwałam Burkiem. Każde zdjęcie może wytłumaczyć to imię.







Koty na naszym zamkniętym podwórku mają bardzo dobrze. Po pierwsze, mają naturalny ogród, gąszcz drzewek i krzewów, które pielęgnowane są słońcem, a nie grabkami. Po drugie, bo co rano wychodzę do sklepu, to widzę pełną miskę. Jedynym wrogiem kocurów jest chemia. Czyli kiedy co sobotę przychodzi starsze małżeństwo i myje posadzkę środkami chemicznymi. Wtedy Burek nie schodzi z ziemi. Kiedy posadzka jest czysta (czyt. brudna) towrayzszy nam od furtki do drzwi na klatkę.


A swoją drogą, moje pierwsze spotkanie kotem zaowocowało kompletnym zalaniem sukienki mlekiem. No jak nie dać świeżokupionego mleko świeżospotkanemu kotu? Przyjaznemu do tego. No a ponieważ mleko z kartonie pakowane jest pancernie, to i rozbrojenie tego pudła nie jest najprostsze. A po zalaniu mlekiem złamałam klucz w zamku. Dobrze się nasz pobyt zaczął...

sobota, 21 września 2013

Sardynia, czyli nie do końca bezludna wyspa.


No i jesteśmy. Za wielką wodą, a właściwie za słoną wodą, czyli na Morzu Śródziemny. Przebywamy właśnie w stolicy autonomiczne Sardynii, czyli portowym mieście Cagliari. Cagliari, czyli w oryginale Casteddu, oznacza po prostu Zamek i jest miastem dusznym i na wskroś włoskim. Małe uliczki, dużo ludzi. szczególnie, że jutro odwiedza miasto Papa Francesco, o czym nie mieliśmy zielonego pojęcia, wykupując bilety. Będzie jeszcze bardziej tłoczno, będzie kolorowo :)
Mieszkamy w jednopokojowym wnętrzu o powierzchni ok. 25m2. Bardzo schludne i czyste, w dobry standardzie i w cenie, która ma tak dobry standard jak ten mikroopartament: 170zł za dobę. Do malutkiego mieszkania jest przyczepiony taras o powierzchni trzykrotnie przekraczającej powierzchnię "zadaszoną". Są na nim (tarasie) leżaki, jest stół z krzesłami, jest kamienny grill, jest nawet prysznic. Wszystko, czego ciało i dusza potrzebuje, szczególnie w prawie trzydziestostopniowy suchy dzień, jaki dziś się przydarzył. 

Jeśli ktokolwiek będzie się wybierał na Sardynię, do Cagliari, chętnie służę kontaktem do mieszkania. W centrum, czyściutko, wi-fi jest (czego dowodem ten wpis). No i ten taras…
Ach, no i na ścianach - naklejki! Jak w domu. 




Dla nas Cagliari jednak jest jedynie przystankiem. Na 5 dni bowiem urywamy się w kompletną głuszę, na sam zachodni skraj Sardynii do domku na skałach, prawie wiszącym nad morzem. Niebo. Przynajmniej mam taką nadzieję, zdjęcia tego potencjalnego nieba udostępnię w poniedziałek. 

piątek, 20 września 2013

Fotopracownia, czyli niczym na Instagramie.

Duże zdjęcie, mikry opis.


Ale wkleję, bo dawno jej (pracowni) tu nie było.

Na pluchę i słotę, na balkon wyjdź z kotem.

Balkon wyremontowany,
otworzyłam jego bramy.
Prysły koty: jeden, drugi
w dniu jesiennym, w dniu szarugi.

Nam już balkon nie posłuży.
Bo pogoda, bo w podróży.
Tylko koty jak dwie sowy
obserwują deszcz wrześniowy.

A teraz sprostowanie zapędów wierszoklety, czyli "Co autor miał na myśli?":

- wers: "Balkon wyremontowany". Autor wprowadza nas zgrabnie w temat. Oświadcza, że wyremontował balkon (który prawdopodobnie przed remontem wyglądał inaczej), robi to bezpośrednio, nie wykorzystując żadnych przenośni czy metafor.
- wers: "otworzyłam jego bramy". Tu autor wiersza zdradza nam swoją płeć, wiemy, że ten ośmiowersowy utwór napisała kobieta. Nie znamy jej imienia. Wiemy jedynie, że potrafi otwierać drzwi na balkon (słowo "bramy" zostało tutaj użyte prawdopodobnie specjalnie, potęguje znaczenie drzwi, które umożliwiają nam dostanie się na balkon. Może także sugerować ich wielkość i wagę.). I że jest właścicielką dwóch kotów, o czym informuje nas wers kolejny "Prysły koty: jeden, drugi".
- wers" w dniu jesiennym, w dniu szarugi". Autorka (używam już formy żeńskiej)  daje nam tu wskazówkę, że wiersz pisany był jesienią, a konkretniej we wrześniu (ostatni wers wiersza: "obserwują deszcz wrześniowy"). Co więcej, kolejny wers "Nam już balkon nie posłuży. Bo pogoda" zdradza nam, że nie tylko pogoda, ale i temperatura tego września była na tyle słaba, że nie pozwoliła na cieszenie się wyremontowanym balkonem (z otwartymi drzwiami). Choć może chodzi po prostu o to, że na balkonie deszcz pada na głowę?
- wers: "Bo w podróży". Autorka wyraźnie sugeruje, że podróżuje. Może utwór powstał właśnie w trakcie jednej z nich i jest wyrazem tęsknoty za wyremontowanym balkonem?
- wersy ostatnie: "Tylko koty jak dwie sowy / obserwują deszcz wrześniowy." Trafnie użyta metafora, porównanie siedzących kotów do dwóch sów, napuszonych, z wciśniętymi szyjami i szeroko otwartymi oczami, które "obserwują deszcz". Rzeczywiście, siedzące koty, szczególnie kiedy nie są zbyt szczupłe, mogą z tyłu przypominać te leśne ptaki.




niedziela, 8 września 2013

Wisła i Narew, czyli miejski bunt pracusiów

NAJPIERW PUBLIKUJĘ WPIS, KTÓRY NAPISAŁAM 2 TYGODNIE TEMU, JEDNAK ZE WZGLĘDU NA TO, ŻE ZGUBIŁAM KABEL ŁĄCZĄCY APARAT Z LAPTOPEM, NIE MOGŁAM GO OPUBLIKOWAĆ. CZYTNIKA KART MÓJ LAPTOP NIE PASIADA, WIĘC ZDJĘCIA UTKNĘŁY W APARACIE. W PIĄTEK JEDNAK ZNALAZŁAM KABEL, WIĘC CZYM PRĘDZEJ NADRABIAM.

SPRZED DWÓCH TYGODNI:
 Przeczytałam ostatnio w ulubionym Dzienniku Krystyny Jandy taki akapit:

"Tyle się dzieje, że nie mam czasu usiąść i cokolwiek napisać. Doszłam co prawa do perfekcji robienia kilku rzeczy na raz, ale straty są wielkie. Na przykład, jem kotlet i już liżę loda, popijając kawą. Wszystkie dania na raz, a strasznie mi potem żal smaków w "czystej postaci". Tak jest ze wszystkim. Piszę ubierając się, śpię oglądając telewizję, chodzę na spacer z psem jedząc śniadanie w hotelu Rubinstein, gdzie prawdopodobnie urodziła się Helena Rubinstein i omawiając to z reżyserem filmu na inny temat. Stoję biegnąc i biegnę stojąc. Telefonuję zastanawiając się, odchudzam się jedząc, itd itp. Nie zwracam uwagi na szczegóły, nie zapamiętuję istotnych informacji, tylko wrażenia i emocje, a ponieważ życie generalnie traktuję emocjonalnie, jestem sobą sama zmęczona i co chwilę uciekam od siebie samej i udaję, że to nie ja byłam przed chwilą. Że to był ktoś męczący mnie, ale nie ja."

Moja biografia ostatnimi miesiącami.

Tempo pracy u nas zawrotne. Za każdym razem, kiedy myślę, że ten tydzień przejechaliśmy na karuzeli, następny jawi nam się jako rollercoaster. Telefony, maile, projekty, poprawki, druk, montaże, bieganie, a czasem nawet latanie. Głównie na wysokości lamperii :)

W ten weekend zbuntowaliśmy się kompletnie i tak jak zawsze cieszę się, że są dwa dni wolnego, aby "nadrobić", tak tym razem powiedzieliśmy "basta", wsiedliśmy na skuter i pognaliśmy 40 km za Warszawę w szczerą zieleń, na szczerą polanę, pomiędzy szczerymi lasami i polami słoneczników (nie wiedziałam, że mamy pola słoneczników w Polsce). Do tego postanowiliśmy także dokończyć wieczny remont balkonu. Mamy widok za milion dolarów, a balkon jakbyśmy ten milion mieli jeszcze w niego zainwestować, bo wygląda jak zaplecze kuchni w programie Magdy Gessler. Przed Rewolucją.

I tak dwa dni przyniosły nam realizację dwóch celów: 1. balkon, na którym wreszcie można śmiało wypoczywać, 2. kompletny reset na łonie natury, który był dobrym wytchnieniem przed poniedziałkowym restartem. W tym tygodniu jesteśmy już na diabelskim młynie… :)

A to jeszcze nasza niedzielna wyprawa nad Wisłę, za Konstancin.

Widok z ambony. Niestety jelonków brak.

Pola słoneczników. Kto by pomyślał...




I WPIS Z WCZORAJSZEGO DNIA:

Jesteśmy w Ostrołęce, czyli w rodzinnym mieście Maćka. Wyrwaliśmy się na dwa dni z Warszawy, koty są pod czujną opieką wujka Piotrka, przyjaciela Maćka, który pomieszkuje u nas, kiedy my wyjeżdżamy. Koty bardzo lubią wujka Piotrka, bo wujek Piotrek jest mięsożercą, a do tego zawzięcie gotujących, więc i one mają co jeść. Czasem mam wrażenie, że żałują, że wróciliśmy :)

No ale... Ostrołęka. Lato mija, mamy tak zwane indian summer, wieczory zimne, ale dni jeszcze powyżej dwudziestu kresek. Spacery można uskuteczniać. Maciek zabrał mnie wczoraj na stary most kolejowy nad Narwią, który choć nie jest już użytkowany, to znalazł miejsce w polskiej kinematografii. Na jednym z serwisów znalazłam bowiem wpis: "Niby zwykły żelazny most kolejowy, ale to właśnie na nim kręcone były sceny do filmów: „Katyń” – Andrzeja Wajdy, ”Przedwiośnie” – Filipa Bajona, a także do „Czterech Pancernych”." Potwierdzam, jest na czym kręcić - 170 metrów długości i 3,5 metra do linii wody. Wygląda malowniczo.



W ogóle okolice Narwii, nad którą leży Ostrołęka są ładne. Wał, przyozdobiony latarniami, służy "lokalsom" jako deptak, miejsce rodzinnych spacerów. Miło.

Oczywiście, oprócz psów towarzyszących rodzinom podczas spacerów, jest tu pełno kotów. Z daleka słychać pełne pretensji jęki, sygnalizujące, że "tu jestem, zauważ mnie, a potem pogłaszcz mnie!". No i przystajemy i głaszczemy.
Ponieważ droga do Ostrołęki (lub, jak napisał w klasyku Janusz Głowacki, droga na Ostrołękę) zajmuje ponad 2 godziny, zawsze zaopatrujemy się w stos gazet - tygodników i miesięczników. Jedną z gazet był tym razem Newsweek. Newsweek zamieścił w tym tygodniu artykuł o kotach o niepokojącym tytule "Miauczący zabójcy". Zachowawszy w pamięci ten krzyczący nagłówek i widząc teraz nad Narwią te miauczące czworonogi, dopadł mnie lekki niepokój. A co jeśli to rzeczywiście skrytobójca, rzuci się na na mnie, wgryzie w nas niczym wampir, wyssie ostatnią kroplę krwi? A co jeśli te wielkie oczy tylko wypatrują miejsca na mojej szyi, najlepiej ukrwionego, najlepiej dostępnego dla zębów? Za każdym razem, słysząc kocie zawodzenia, podejmowałam ryzyko i głaskałam potencjalnych oprawców. Po trzech godzinach spaceru (kilkukrotnie przerywanego głaskaniem) przyszliśmy do domu i od razu otworzyliśmy Newsweeka na stronie siedemdziesiątej ósmej. Z jaką ulgą odkryliśmy, że koty rzeczywiście zabijają, ale... myszy i ptaki. Ufff...

Uwaga, tak wygląda miauczący zabójca na polskiej sawannie:

Wracając powolnie do domu niczym koty (W tym samym artykule przeczytałam później, że koty, wybierając się na piesze wycieczki, przeznaczają na odpoczynek mniej więcej 80 procent czasu. Mniej więcej jak my, ludzie.) przeszliśmy przez ładną dzielnicę domków jednorodzinnych, nazwaną Łęczysk. W Łęczysku natrafiliśmy na ruinę, starą rozsypującą się budowlę z cegieł. Dwupiętrowa, z lampami fabrycznymi na zewnątrz i cienkim blaszanym kominem. Zdjęć niestety nie mogłam wykonać, gdyż teren jest makabrycznie zarośnięty (nomenklatura newsweekowska jak widać wciąż mi się udziela), a teren zamknięty. Co mogła, sfotografowałam. Pytaliśmy potem o te szczątki (!) wujka Maćka, znawcę miasta, jednak on sam nie wiedział, co niegdyś mieściło się w ceglanej minifabryce. No i mamy zagadkę.


Zabawna jest jednak nazwa tej ulicy: Zandrama z Maszkowic. Zandram, jak donosi wikipedia, był to "Człek animuszu wielkiego a prawie hetmańskiego, chociaż osoby nie wysokiej lecz zsiadłej"W sumie nawet nie sama nazwa jest zabawna, ale cała konstrukcja: ulica Zandarama z Maszkowic, z Łęczyska w Ostrołęcę. Prosimy o przekazanie tej nazwy zaznajomionym cudzoziemcom.

I jeszcze jedno zdjęcie, nie mogłam się powstrzymać:

A jutro Warszawa. I balkon. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...