NAJPIERW PUBLIKUJĘ WPIS, KTÓRY NAPISAŁAM 2 TYGODNIE TEMU, JEDNAK ZE WZGLĘDU NA TO, ŻE ZGUBIŁAM KABEL ŁĄCZĄCY APARAT Z LAPTOPEM, NIE MOGŁAM GO OPUBLIKOWAĆ. CZYTNIKA KART MÓJ LAPTOP NIE PASIADA, WIĘC ZDJĘCIA UTKNĘŁY W APARACIE. W PIĄTEK JEDNAK ZNALAZŁAM KABEL, WIĘC CZYM PRĘDZEJ NADRABIAM.
SPRZED DWÓCH TYGODNI:
Przeczytałam ostatnio w ulubionym Dzienniku Krystyny Jandy taki akapit:
"Tyle się dzieje, że nie mam czasu usiąść i cokolwiek napisać. Doszłam co prawa do perfekcji robienia kilku rzeczy na raz, ale straty są wielkie. Na przykład, jem kotlet i już liżę loda, popijając kawą. Wszystkie dania na raz, a strasznie mi potem żal smaków w "czystej postaci". Tak jest ze wszystkim. Piszę ubierając się, śpię oglądając telewizję, chodzę na spacer z psem jedząc śniadanie w hotelu Rubinstein, gdzie prawdopodobnie urodziła się Helena Rubinstein i omawiając to z reżyserem filmu na inny temat. Stoję biegnąc i biegnę stojąc. Telefonuję zastanawiając się, odchudzam się jedząc, itd itp. Nie zwracam uwagi na szczegóły, nie zapamiętuję istotnych informacji, tylko wrażenia i emocje, a ponieważ życie generalnie traktuję emocjonalnie, jestem sobą sama zmęczona i co chwilę uciekam od siebie samej i udaję, że to nie ja byłam przed chwilą. Że to był ktoś męczący mnie, ale nie ja."
Moja biografia ostatnimi miesiącami.
Tempo pracy u nas zawrotne. Za każdym razem, kiedy myślę, że ten tydzień przejechaliśmy na karuzeli, następny jawi nam się jako rollercoaster.
Telefony, maile, projekty, poprawki, druk, montaże, bieganie, a czasem nawet latanie. Głównie na wysokości lamperii :)
W ten weekend zbuntowaliśmy się kompletnie i tak jak zawsze cieszę się, że są dwa dni wolnego, aby "nadrobić", tak tym razem powiedzieliśmy "basta", wsiedliśmy na skuter i pognaliśmy 40 km za Warszawę w szczerą zieleń, na szczerą polanę, pomiędzy szczerymi lasami i polami słoneczników (nie wiedziałam, że mamy pola słoneczników w Polsce). Do tego postanowiliśmy także dokończyć wieczny remont balkonu. Mamy widok za milion dolarów, a balkon jakbyśmy ten milion mieli jeszcze w niego zainwestować, bo wygląda jak zaplecze kuchni w programie Magdy Gessler. Przed Rewolucją.
I tak dwa dni przyniosły nam realizację dwóch celów:
1. balkon, na którym wreszcie można śmiało wypoczywać, 2. kompletny reset na łonie natury, który był dobrym wytchnieniem przed poniedziałkowym restartem. W tym tygodniu jesteśmy już na diabelskim młynie… :)
A to jeszcze nasza niedzielna wyprawa nad Wisłę, za Konstancin.
Widok z ambony. Niestety jelonków brak.
Pola słoneczników. Kto by pomyślał...
I WPIS Z WCZORAJSZEGO DNIA:
Jesteśmy w Ostrołęce, czyli w rodzinnym mieście Maćka. Wyrwaliśmy się na dwa dni z Warszawy, koty są pod czujną opieką wujka Piotrka, przyjaciela Maćka, który pomieszkuje u nas, kiedy my wyjeżdżamy. Koty bardzo lubią wujka Piotrka, bo wujek Piotrek jest mięsożercą, a do tego zawzięcie gotujących, więc i one mają co jeść. Czasem mam wrażenie, że żałują, że wróciliśmy :)
No ale... Ostrołęka. Lato mija, mamy tak zwane indian summer, wieczory zimne, ale dni jeszcze powyżej dwudziestu kresek.
Spacery można uskuteczniać. Maciek zabrał mnie wczoraj na stary most kolejowy nad Narwią, który choć nie jest już użytkowany, to znalazł miejsce w polskiej kinematografii. Na jednym z serwisów znalazłam bowiem wpis: "
Niby zwykły żelazny most kolejowy, ale to właśnie na nim kręcone były sceny do filmów: „Katyń” – Andrzeja Wajdy, ”Przedwiośnie” – Filipa Bajona, a także do „Czterech Pancernych”." Potwierdzam, jest na czym kręcić - 170 metrów długości i 3,5 metra do linii wody. Wygląda malowniczo.
W ogóle okolice Narwii, nad którą leży Ostrołęka są ładne. Wał, przyozdobiony latarniami, służy "lokalsom" jako deptak, miejsce rodzinnych spacerów. Miło.
Oczywiście, oprócz psów towarzyszących rodzinom podczas spacerów, jest tu pełno kotów.
Z daleka słychać pełne pretensji jęki, sygnalizujące, że "tu jestem, zauważ mnie, a potem pogłaszcz mnie!". No i przystajemy i głaszczemy.
Ponieważ droga do Ostrołęki (lub, jak napisał w klasyku Janusz Głowacki, droga na Ostrołękę) zajmuje ponad 2 godziny, zawsze zaopatrujemy się w stos gazet - tygodników i miesięczników. Jedną z gazet był tym razem Newsweek.
Newsweek zamieścił w tym tygodniu artykuł o kotach o niepokojącym tytule "Miauczący zabójcy". Zachowawszy w pamięci ten krzyczący nagłówek i widząc teraz nad Narwią te miauczące czworonogi, dopadł mnie lekki niepokój. A co jeśli to rzeczywiście skrytobójca, rzuci się na na mnie, wgryzie w nas niczym wampir, wyssie ostatnią kroplę krwi? A co jeśli te wielkie oczy tylko wypatrują miejsca na mojej szyi, najlepiej ukrwionego, najlepiej dostępnego dla zębów? Za każdym razem, słysząc kocie zawodzenia, podejmowałam ryzyko i głaskałam potencjalnych oprawców. Po trzech godzinach spaceru (kilkukrotnie przerywanego głaskaniem) przyszliśmy do domu i od razu otworzyliśmy Newsweeka na stronie siedemdziesiątej ósmej. Z jaką ulgą odkryliśmy, że koty rzeczywiście zabijają, ale... myszy i ptaki. Ufff...
Uwaga, tak wygląda miauczący zabójca na polskiej sawannie:
Wracając powolnie do domu niczym koty (W tym samym artykule przeczytałam później, że koty, wybierając się na piesze wycieczki, przeznaczają na odpoczynek mniej więcej 80 procent czasu. Mniej więcej jak my, ludzie.) przeszliśmy przez ładną dzielnicę domków jednorodzinnych, nazwaną Łęczysk.
W Łęczysku natrafiliśmy na ruinę, starą rozsypującą się budowlę z cegieł. Dwupiętrowa, z lampami fabrycznymi na zewnątrz i cienkim blaszanym kominem. Zdjęć niestety nie mogłam wykonać, gdyż teren jest makabrycznie zarośnięty (nomenklatura newsweekowska jak widać wciąż mi się udziela), a teren zamknięty. Co mogła, sfotografowałam. Pytaliśmy potem o te szczątki (!) wujka Maćka, znawcę miasta, jednak on sam nie wiedział, co niegdyś mieściło się w ceglanej minifabryce. No i mamy zagadkę.
Zabawna jest jednak nazwa tej ulicy: Zandrama z Maszkowic. Zandram, jak donosi wikipedia, był to "
Człek animuszu wielkiego a prawie hetmańskiego, chociaż osoby nie wysokiej lecz zsiadłej". W sumie nawet nie sama nazwa jest zabawna, ale cała konstrukcja: ulica Zandarama z Maszkowic, z Łęczyska w Ostrołęcę. Prosimy o przekazanie tej nazwy zaznajomionym cudzoziemcom.
I jeszcze jedno zdjęcie, nie mogłam się powstrzymać:
A jutro Warszawa. I balkon.