
Kambodża została przez nas nazwana krajem "Many, many people". I nie chodzi o zagęszczenie terenu, ale o czysty zwrot "Many, many people". Dla autochtonów wszystko jest many, many. Wyspy kambodżańskie są good? "Tak, good. Many, many people!" Gdzie zjeść? "Tam. Many, many people." Jak się dostać do centrum? "Autobusem. Many, many people!". Proszę nam wierzyć - many, many people tak mówi.
W Kambodży jak w elementarzu - czytamy znaki wietnamskie i tajskie. Z jednej strony mamy sajgonki, z drugiej strony curry. Z jednej strony skutery, z drugiej tuk-tuki. Z jednej strony mamy chyba ręcznie klejone drogi, z drugiem strony stawiamy na turystykę.
Turystyką ludzie w Kambodży są zachwyceni. To chyba zachłyśnięcie zachodnim sąsiadem, Tajlandią. Kambodżanie widzą, jak wiele dobrego turystyka może przynieść zarówno gospodarce, jak i - bardziej namacalnie - każdemu zwykłemu zjadaczowi chleba. A chcieć, znaczy móc. Drogi może nie pociągnięte asfaltem, linia kolejowa wciąż w budowie, ale tak zwani everyday people biorą sprawy w swoje ręce, czyli budują minihotele albo służą domostwem zastanym. Wystawiają kuchnie lub stragany z pamiątkami. Uczą się kilku zwrotów angielskich, jednak szanse na dialog są marne.
Miasta są szokująco brudne, warunki spartańskie, angielskiego niemal zero, a pomiędzy tym powciskano guesthouse'y i kawiarnie, gdzie ceny przebite są trzykrotnie. Móc to nie do końca potrafić.
Miasta są szokująco brudne, warunki spartańskie, angielskiego niemal zero, a pomiędzy tym powciskano guesthouse'y i kawiarnie, gdzie ceny przebite są trzykrotnie. Móc to nie do końca potrafić.
Wolę jednak takie działanie lokalne po omacku, niż wejście duże kapitału z transparentem "Resorty, resorty!"
Te spartańskie warunki nie ujmują jednak Kambodży. Wręcz przeciwnie, ujmują przyjezdnych. Nie ma tu Seven Eleven, panoszącego się w Tajlandii, nie ma tu wszechobecnej komuny z Wietnamu. Tego kraju trzeba się po prostu nauczyć. Wiedzieć, że tu NAPRAWDĘ wszystko zamiera po południu, wiedzieć, jakie są dokładnie ceny produktów czy usług. Rozmawialiśmy z chłopakiem z naszego hoteliku, który uczył się angielskiego, studiował ten język. Zarabiał w hotelu ok. 90 dolarów amerykańskich miesięcznie, a na naukę wydawał prawie 60. Mieszkał w wynajętym pokoju z kolegą. Drugi pracował na nocną zmianę. Przez ten czas był menadżerem tego miejsca z 30 pokojami, kierowcą, kucharzem, służbą sprzątającą, informacją turystyczną, i robił wszystko, czego sobie szanowny klient zażyczy. Zarabiał tyle samo, co poprzedni. Nie uczył się. Obaj mówili, że w Kambodży wiele się zmienia - nie ma komuny, za to pieniądze otwierają wiele drzwi. Najprostszy przykład to ich sławne hasło "No money, no honey.", czyli bez pieniędzy nie ma słodyczy (lub najsłodszej). Chłopaki nie mają dziewczyn, może jak zostaną menadżerami pełną gębą. Angielski także otwiera wiele drzwi, można wtedy pracować w dużej firmie w stolicy i zarabiać dwa, trzy razy tyle. I mieć dziewczynę.
To, że pieniądze pomagają w Kambodży zaobserwowaliśmy i opisaliśmy przy okazji wysp. Zachodni inwestorzy wchodzą tam, budując bungalowy pomiędzy wioskami rybackimi.
Ciężko jest to oceniać. Świeża zachodnia filozofia uczy wiele autochtonów, pomaga im i podnosi standard życia. Z drugiej strony - niszczy tradycję. Wszędobylskie produkty Nestle przyprawiają o mdłości, jednak mieszkańcy Kambodży myślą, że tego chcemy. Nie chcemy ich tradycyjnej kawy, chcemy saszetki 3 w 1. Nie chcemy ryżowych noodli, chcemy te z opakowań, z marketu. Oby w porę spostrzegli, że turyści - przynajmniej większość - chcą lokalne rzeczy, nie hurtowe wyroby. Próbowaliśmy to nawet wytłumaczyć jednemu z napotkanych chłopaków, który nieco rozumiał po angielsku, ale akurat tego zrozumieć nie chciał.
Trudno ich winić za to, że wyznają filozofię "Nie ja, to sąsiad." Jeśli ja nie udostępnię pokoi, zrobi to chłop zza miedzy. Jeśli ja nie powieszę w knajpie szyldu Coca Coli, zrobi to ten po drugiej stronie ulicy, będzie bardziej widoczny. Ja zginę w ciemności i nie zarobię na przyjezdnych z grubymi portfelami. A no money, to no honey.
To, że pieniądze pomagają w Kambodży zaobserwowaliśmy i opisaliśmy przy okazji wysp. Zachodni inwestorzy wchodzą tam, budując bungalowy pomiędzy wioskami rybackimi.
Ciężko jest to oceniać. Świeża zachodnia filozofia uczy wiele autochtonów, pomaga im i podnosi standard życia. Z drugiej strony - niszczy tradycję. Wszędobylskie produkty Nestle przyprawiają o mdłości, jednak mieszkańcy Kambodży myślą, że tego chcemy. Nie chcemy ich tradycyjnej kawy, chcemy saszetki 3 w 1. Nie chcemy ryżowych noodli, chcemy te z opakowań, z marketu. Oby w porę spostrzegli, że turyści - przynajmniej większość - chcą lokalne rzeczy, nie hurtowe wyroby. Próbowaliśmy to nawet wytłumaczyć jednemu z napotkanych chłopaków, który nieco rozumiał po angielsku, ale akurat tego zrozumieć nie chciał.
Trudno ich winić za to, że wyznają filozofię "Nie ja, to sąsiad." Jeśli ja nie udostępnię pokoi, zrobi to chłop zza miedzy. Jeśli ja nie powieszę w knajpie szyldu Coca Coli, zrobi to ten po drugiej stronie ulicy, będzie bardziej widoczny. Ja zginę w ciemności i nie zarobię na przyjezdnych z grubymi portfelami. A no money, to no honey.
Prowincja kambodżańska jest okrutnie biedna. Do tego okrutnie brudna i okrutnie prosta. Nie ma tu ozdobników i metafor. Jest życie z dnia na dzień, od wschodu do zachodu, od centa do centa. I jest w tym przerażające piękno.
DLA KOGO:
Dla wszystkich, którzy nie boją się spartańskich warunków, choć przyznam, że po wszystkim, czego naczytałam się w internecie o biedzie i brudzie, spodziewałam się czegoś znacznie gorszego. Zostaliśmy co prawda pogryzieni i zatruci, ale bez bąbli, wysokich gorączek czy ran.
Dla wszystkich, którzy są otwarci, lubią być zdani na siebie,lubią pertraktować i lubią się włóczyć. Jest tu wiele okazji o każdej z tej aktywności.
Dla wszystkich, którzy są otwarci, lubią być zdani na siebie,lubią pertraktować i lubią się włóczyć. Jest tu wiele okazji o każdej z tej aktywności.
Dla wszystkich, którzy chcą napaść oczy kolorami, bo na tę nację duży wpływ wywarli Hindusi. Stąd domy często malowane są na niebiesko, żółto, zielono. Stąd wszystkie figurki pamiątkowe są w żywych barwach, a pagody mienią się od złota.
Dla wszystkich, którzy chcą zobaczyć nie zmąconą naturę. Wyprawa do dżungli to w Kambodży pestka, a i plaże nie zalane turystami jeszcze istnieją.
Dla wszystkich, którzy chcą zobaczyć cud średniowiecznego świata, czyli Angkor Wat. Bo jest tego wart.
Dla wszystkich, którzy uwielbiają dzieciaki. Bo te nie są nieśmiałe (jak w Wietnamie). Są komunikatywne, choć o prawdziwej, werbalnej komunikacji nie ma mowy. Jednak krzycząc "Hello!" i ucząc je polskich wyliczanek jesteśmy w stanie zdobyć ich sympatię. A to jest prawdziwy honey :)
Dla wszystkich, którzy lubią zarówno kuchnię chińską, wietnamską (nie w rozumieniu warszawskim), jak i tajską. Bo znajdziemy tu wszystko - kawę a la Wietnam i zupy a la Tajlandia. Choć więcej dań jest chyba jednak ze wschodu.
Dla amatorów jedzenia żab. Bo są w menu.
I jeszcze wzmianka o tym, dlaczego Amerykanie lubią Kambodżę. Zawsze mnie to zastanawiało, dlaczego nasi przyjaciele zza Atlantyku tak chętnie mówią i jeżdżą akurat w ten - wydawałoby się - zapomniany regon świata. Odpowiedź jest prosta: jest to dla nich kraj prosty w obsłudze! Gazety wydawane są tutaj w języku angielskim, nawet prasa codzienna. Wszystkie napisy na produktach, w sklepach, na budynkach pisane są w języku Khmerów i po angielsku. Nawet płaci się w dolarach amerykańskich. Można ich używać tak w marketach, jak i na bazarach. A nawet w… bankomatach. Nie o miłość tu chyba chodzi, a o wygodę. Tak w życiu bywa...


























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz