niedziela, 2 lutego 2014

O boże Kambodża, czyli o miłości do skrajności

Granicę pomiędzy Wietnamem a Kambodżą przekroczyliśmy tuż przy linii brzegowej, przy miasteczku Ha-Tien, w którym gościliśmy dwa dni. Kiedy tylko pieszo przeszliśmy przez wielkie bramy, Najpierw wietnamską, potem kambodżańską, rzuciło nam się w oczy, że zmiana urzędowa jest tak samo rzeczywista jak zmiana naturalna. A mniej enigmatycznie, jest to tak odczuwalna zmiana, jak ta, kiedy przejeżdżamy pociągiem granicę polsko-niemiecką. U nas lasy i pola w rozgardiaszu, tam w rządku, z rozwiniętą infrastrukturą. Tu nie ma takiego szoku "majątkowego", bo oba kraje bogate nie są, ale Kambodża jest po prostu kompletnie inna. Palmy, wyjałowione pola, białe krowy, słone pola - kompletnie inny kosmos. Z granice wzięliśmy taksówkę skuterową do najbliższego miasta tranzytowego, czyli Kep. Taksówka kosztuje tu 5 dolarów od osoby, a przejeżdża sporo, bo około piętnastu kilometrów. I jest dość upiorna. A to dlatego, że jeśli czytają Państwo fora, to czasem zdarza się tam ostrzeżenie, że kogoś wywieziono na środek pola i kazano zapłacić dodatkowe wynagrodzenie za dalszą jazdę. Inaczej, jazda stąd! A Kambodża ma niewiele dróg asfaltowych. A "taksówkarze", używają skrótów, żeby zwróciło im się za benzynę. I łącząc te dwa stwierdzenia, wyobrażamy sobie następujący obrazek: pędzimy zawrotnym tempem 60 kilometrów, każdy ze swoim kierowcą. Ci nagle zbaczają z drogi asfaltowej i wjeżdżają na teren świątyni buddyjskiej. Następnie omijają budynek, lądując między szczerymi polami, usianymi krowami. A na horyzoncie nic. No to wpadliśmy, myślimy. Po pierwszej minucie paniki, przypomniałam sobie jednak fragment bloga www.koniecswiata.eu, gdzie autorzy delikatnie wykładają, żeby nie dziwić się zanadto, kiedy skończy się droga asfaltowa, aby brutalnie przejść w czerwoną, żwirową trasę. Przeszła i u nas - trasa i obawa. Szczególnie, kiedy zaczęliśmy przejeżdżać przez wioski kambodżańskie, gdzie dzieciaki chóralnie odśpiewują "Hello!", biegnąc za motocyklami. Obawa przeszła oczywiście w euforię. 
W ogóle pierwsze godziny w Kambodży wspominam jako godziny zachwytu. Jest to kraj przepiękny, kompletnie wypalony przez słońce, kompletnie zrujnowany przez wojny. Ma jednak w sobie coś, co najprościej można nazwać magią. 
Kiedy tylko rozpakowaliśmy się w Kep, zjedliśmy i wypożyczyliśmy skuter, pojechaliśmy tą samą trasą, którą zostaliśmy przywiezieni, robić zdjęcia. Zdjęcia dzieciom, polom, chatom, krowom, morzu, słońcu. Tyle zdjęć przez trzy godziny chyba jeszcze nigdy nie zrobiłam. Niestety wszystkie przepadły, karta przy zgrywaniu odmówiła posłuszeństwa i jedyne dwie fotki jakie zostały to poniższe zrzuty ekranu - kilka widoków, parę dzieci.
Dzieciaki zresztą boskie. Obrazoburczo napiszę, że nie dziwi fakt, że Angelina Jolie adoptowała swoje pierwsze dziecko z tego zakątka. Kiedy robiliśmy zdjęcia, udające się na spoczynek słońce zaczerwieniło pola. Ludzie zaczęli zwoływać bydło do zagród. Brązowe dzieci z patykami biegały za białymi krowami. Inne kąpały się w stawach i kałużach. Jeszcze inne bawiły się z psami lub zasypiały spokojnie w hamakach. Widok jak inny układ słoneczny. Niebo, dla przybysza z Zachodu. 
Maciek mówi, że dla niego Kambodża przy pierwszym kontakcie to Tajlandia, tylko o kosmos biedniejsza. I trochę tak jest, bo są takie same palmy, te same przydrożne stoiska, podobne domy z desek. Tylko to wszystko nie jest takie proste, bo na tym opisywanym wyżej kambodżańskim niebie od lat rysują się chmury. Trudno podróżować po tym kraju nie myśląc o jego przeszłości. Trudno przejeżdżając przez wioskę nie zadawać sobie pytania, czy ta wioska była tu 30 lat temu. A jeśli była, to ilu mieszkało w niej ludzi, czy tyle samo. Kompletne inteligenckie wyjałowienie tego narodu widać. Jest niewiele szkół, choć w tej materii chyba coś zaczyna się zmieniać, bo przy drogach rozwieszone są tablice z dwoma obrazkami. Po lewej stronie jest dziecko pracujące przy słonym polu. Ten obrazek jest przekreślony. Po prawej, dziecko w szkolnej ławce. Żadnych podpisów, bo analfabetyzm w Kambodży sięga 65 procent. szczytem marzeń jest praca w fabryce. Turystyka tu dopiero raczkuje i to nieumiejętnie, bo miasta zmieniają się w sposób destrukcyjny na prozachodnie kolonie z hamburgerami i seks biznesem. Przykładem jest Sihanoukville, oddalone od Kep o 130 kilometrów. Mówią o tym mieście, że to kambodżańska Pattaya (hiperturystyczne miasto w Tajlandii), choć do tego nie potrafię się ustosunkować, bo w Pattayi nie byliśmy. Ale widząc, co dzieje się w Sihanouville wiem, że nie będziemy. 

Chociaż Kambodży nie było na naszej mapie jeszcze tydzień temu, to dziś wiemy, że zagościmy tu dłużej. Obecnie jesteśmy na jednej z wysp, która liczy sobie około stu mieszkańców i nie ma internetu. Ma za to spokojne życie lokalne, połowy ryb i sfory psów, należących do nikogo i karmione przez wszystkich. Czyżby raj jeszcze nie utracony? 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...