Zaczyna się prawdziwy sezon i temperatury zaczynają osiągać 35 stopni. Miasta zaś zaczynają wrzeć - chodniki rozgrzewają się do czerwoności, powietrze około południa stoi, a życie zaczyna się po zmroku.
Spędziliśmy kilka dni w mieście Siem Reap, mniej więcej w środkowej Kambodży. Siem Reap to baza wypadowa do Angkor Wat, czyli jednego ze średniowiecznych cudów świata. Obawialiśmy się dlatego, czy nie będzie to drugie Sianoukville, czyli miasto, baza wypadowa do wszystkich wysp. Bo Sihanoukville zaskoczyło nas wyjątkowo negatywnie, jako miejsce bladych twarzy, piwa i koszulek z napisem I love Angkor (tu też logo piwa).
Na szczęście Siem Reap to inna bajka. Sporo turystów, jednak nie przytłaczają jak w poprzedniej mieścinie. Ci, którzy przybywają na piaszczyste plaże tego zakątku Kambodży przybywają także, aby spędzić "niezapomniany czas" w otoczeniu prozachodnich biznesów. Ci, którzy odwiedzają Siem Reap, chcą zobaczyć kawał historii pod postacią mistycznych ruin Angkoru. Inny rodzaj turysty - spokojniejszy, mniej wytatuowany, mniej trendy i mniej podchmielony.
I chyba najlepiej będzie, jak opiszę pokrótce te dwa miasta, właśnie w formie porównania.
URODA:
Sihanoukville: Nie ma co mówić o urodzie. Miasto dzieli się na dwa rejony. Pierwszy jest rejonem turystycznym i mieści się wzdłuż głównych plaż. Architektura knajpiano-restauracyjna z wielkimi szyldami: Western stuff needed. Więc jeśli ktoś włada angielskim i szuka pracy w Kambodży, tam zawsze znajdzie. Druga część to miasto żyjące. Najbrudniejsze miejsce, jakie widzieliśmy podczas naszej podróży, biorąc pod uwagę skupiska miejskie. Nie ma także urokliwych uliczek, zakątków, zieleni.
Siem Reap: Urokliwaw Siem Reap jest rzeka. Chociaż woda-żur, to jednak pochylające się nad nią wielkie drzewa oraz drewniane i murowane mostki budują klimat. Do tego dochodzą białe, zdobione lampy, ławeczki i wielkie młyńskie koło. no i czasem dzieciaki, kąpiące się, choć nie jestem pewna, czy wychodzące na pewno czyste z tej wody. Zabudowa miasta to kolonialne domy, bardzo ładne i nie zniszczone. Nawet nowe budynki stawia się na wzór tych z XIX wieku, jak chociażby Hard Rock Cafe, będący właśnie w trakcie konstruowania. Popieramy kontynuację architektonicznej stylistyki.
ŻYCIE CODZIENNE:
Sihanoukville: Miasto żyje od świtu do nocy. Pisałam wyżej, że Sihanoukville dzieli się na dwa główne rejony (turystyczny i mniej turystyczny) i aby przejść od jednego do drugiego, należy pokonać duże rondo ze złotymi lwami, symbolem miasta. O ile wieczorami w zagłębiu pomiędzy lwami i plażą słychać jedną wielką amerykańską dyskotekę, o tyle za lwami słychać… azjatycką dyskotekę. na placach ludzie gromadzą się, żeby - uwaga - ćwiczyć przy dźwiękach Gangnam Style. Pod kamienną latarnią lub pomnikiem podskakuje zwinny instruktor, a wokół ludzie różnego wieku i wagi powtarzają układy. Widok pierwsza klasa.
Siem Reap: W tym mieście życie toczy się wokół targów. Hal i uliczek z targami jest tu ogrom. Stary targ, nowy targ, nocny targ, klasyczny targ… Do koloru, do wyboru. Kolonialna hala starego targu jest czymś, co warto zobaczyć, wznieść wzrok ponad zastawione stragany. Sufit, łuki nad alejkami, wnęki po dawnych stoiskach i sklepach kreślą wyobraźni pole do działania. Halę i kawiarnie "kolonialne" znaleźć nie trudno, bo mieszczą się w centrum po jednej stronie rzeki. Po drugiej zaś, w obszarze Wat Bo, znajdziemy mnóstwo Guesthouse'ów.
AKOMODACJA:
Sihanoukville: W każdej przyplażowej knajpce znajdziemy kontakty do kogoś, kto wynajmuje pokoje. Knajpy same najczęściej posiadają dostęp do takich usług, a jeśli, mają siatkę "hotelarską". W takich miastach jak Sihanoukville (choć Siem Reap też) bardziej stawia się na Guesthouse'y niż standardowe hotele, które są mniej ciekawe i po prostu droższe. A wśród Guesthouse'ów, dostępnych za mniej więcej 15 dolarów za noc, można znaleźć prawdziwe perełki.
Siem Reap: Jak wspomniałam, zagłębmy się w region Wat Bo. Mister Tuk Tuk, czyli każdy operator pojazdu typu tuk-tuk, który przywiezie nas z lotniska lub dworca sam będzie próbował nam znaleźć "najlepsze miejsce pobytu". Proszę jedynie krzyknąć "Wat Bo" i samemu krążyć po okolicy. Jeden Guesthouse od drugiego nie jest oddalony o więcej niż 20-30 metrów. Ceny, jak w Sianoukville.
JEDZENIE i PICIE:
Sihanoukville: Idealne miejsce, kiedy znudzi nam się khmerskie jedzenie. Tu wszystko jest z "french fries" na osobnym talerzu. O hamburgera też nietrudno, a nawet znacznie łatwiej niż o zupę rybną. Piwo podają niejako "z automatu". Może być też z nalewaka.
Jeśli chcemy spróbować smakołyków lokalnych, trzeba przekroczyć wspomnianą już barierę złotych lwów, czyli udać się na drugą stronę od głównego ronda. Uwaga na jajka sprzedawane na straganach. Są w nich uformowane kaczki. Sine jajko, oznacza, że po przebiciu skorupki możemy natknąć się na skrzydełko lub nóżkę. I dla Europejczyka (lub jak w moim przypadku Europejki, która słabo stoi z mięsem) widok jest mocny.
Siem Reap: Tu panuje kuchnia Khmerów. A co w niej? To co w Wietnamie i Tajlandii najlepsze :) Połączenie niemal podręcznikowe. Obowiązkowym daniem jest zupa rybna, którą podobno tubylcy jedzą codziennie. Wpływy kuchni wschodniej (od Kambodży) to także obecność w jadłospisie żab i sajgonek. Polecam szukania knajpek, gdzie samodzielnie zawija się te przysmaki. Dostajemy talerz składników i uprzednio umytymi dłońmi przyrządzamy coś, co nazywa się Bánh hỏi, czyli noodlowe zawiniątka.
ŻYCIE NOCNE, CZYLI CO TU ROBIĆ:
Sihanoukville: I znów dwa rodzaje zabaw: zabawa w podgrupach amerykańskich w części przyplażowej i zabawa w grupie kambodżańskiej w części lądowej. Przy linii morza miasto kipi niczym Mielno w sierpniu, czyli młodzież jakby po polsku mówi. Kompletnie nie mój klimat, ale widziałam na bloga wiele pochlebnych, a nawet wychwalających opinii o wieczorach turystycznych w Sianoukville. wszystkie jednak zawierały opisy aktywności, które mnie nie pociągają.
W głębi lądu zaś możemy po prostu zjeść. Wyjśc na ulicę, obrać stragan i zjeść.
Siem Reap: Tu zaś możemy kupić. Wyjść na ulicę, obrać stragan i kupić. Uwaga na targowanie! Targować się, targować i jeszcze raz targować. O połowę ceny lub bardziej. Kambodżańscy sprzedawcy, a w szczególności sprzedawczynie, są bardzo "zawodzący". Wydają się smutni, biedni i dają do zrozumienia, że jeśli my nie kupimy, to nikt u nich nie kupi. Wywołują także poczucie, że skoro człowiek się zatrzymał przy stoisku i zainteresował produktem (niekoniecznie nawet zapytał o niego), to powinien kupić. Zwroty "Ok, special price for you…" lub "Ok, but only today…", kończone zwrotami "Lady, please!" mają nam ułatwić zakup. Jeśli chcemy kupić, to udawajmy, że nie chcemy. Nie zbijajmy ceny np. o połowę, bo zdarza się, że sprzedawcy windują ceny o - uwaga! - 1000% i obniżenie ceny o połowę z tej wywindowanej, to i tak dla nich złoty interes. A dla nas, wiadomo. Przykład: bransoletka, którą chciałam kupić miała cenę wywoławczą 55 dolarów. Kiedy odchodziłam (nie targując się) zeszła do… 5 dolarów! Nie kupiłam bransoletki, a sprzedawczyni posłała w moim kierunku chyba niemiłe zaklęcie w języku Khmerów. Pewnie dlatego się rozchorowałam…
DLA KOGO I NA ILE:
Sihanoukville: Miasto dla tych, którzy chcą nawiązać znajomości z Europy lub Australii, a nie poznać miejscową ludność. Dla lubiących zabawę w europejskim pojęciu i alkohol. Dla tych, którzy chcą zobaczyć, co Kambodża ma do zaoferowania turystom. Jednak tym osobom radzimy nie zaglądać za róg najbliższego pubu, bo mogą natknąć się na zmęczoną matkę, kąpiącą dziecko w brudnej misce z zimną wodą lub karmiącą je ryżem z cukrem.
Ewentualnie to miasto dla tych, którzy chcą się przetransportować na kambodżańskie wysepki.
Siem Reap: Miasto na trzy dni. Dla wszystkich, którzy chcą zobaczyć legendarny Angkor, a raczej to, co z niego zostało (warto!). fantastyczne do snucia się, i choć moc turystów, nie są tak męczący jak w miastach przybrzeżnych. Może dlatego, że tu są ubrani.
Pub Street - główna ulica turystyczna - oferuje tysiące knajpek, gdzie wieczorem można usiąść, zjeść i napić się czegoś lokalnego. Targi zapewniają zakup tradycyjnych (ładnych!) pamiątek. Małe uliczki to kolonialna spuścizna, świetna dla wszystkich szalejących z aparatami.
Poniżej zdjęcia z Siem Reap:
Dobra rada: w obu miastach nigdy, przenigdy ni zdawać się na pomocnych zarządców guesthousów lub kierowców tuk-tuków. Wszyscy oni najczęściej żyją z prowizji, a płatnikami tych prowizji najczęściej te jesteśmy my. Dlatego biletu mogą nas wynieść nawet o 5 dolarów więcej od osoby ( w stosunku 10 dolarów bez prowizji do 15 dolarów z prowizją, czyli o 1/3 ceny drożej). Najpierw sprawdzić na dworcu lub w internecie, potem zapytać o cenę lokalnie. I zawsze, zawsze negocjować.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz