piątek, 25 listopada 2011

Ikea - the stories

Przepraszam, że nie napisałam tego wczoraj, ale zostałam w domu, a dokumentacja znajduje się w zbiorach służbowych. Czyli w pracowni :)
Najpierw może przedstawię wszystkich partycypantów poniższej opowieści:
Amanda - stylistka (Jak rozpoznać na zdjęciach? Ciemna blondynka.)
Holly - asystentka Amandy (Jak rozpoznać na zdjęciach? Jedyna brunetka.)
Karolina - odpowiedzialna za tekst (Jak rozpoznać na zdjęciach? Bardzo jasna blondynka.)
Dan1 - fotograf (Jak rozpoznać na zdjęciach? Czerwone brytyjsko-rockowe spodnie)
Dan2 - asystent Dana1 (Jak rozpoznać na zdjęciach? Loki na głowie, obiektywy na biodrze:)
Mikey - art director - (Jak rozpoznać na zdjęciach? Koszulka błękitna jak niebo)
I Biały&Rudy, bo jak mogłoby ich zabraknąć...

Postaci jest sześć, bo przy naszym metrażu (47m2), dwóch kotach i naszych skromnych osobach sprawiło, że przez trzy dni w naszym mieszkaniu zapanował permanentny szum rozmów, przeplatany śmiechem, cyknięciami aparatu,  suwaniem sprzętu, klapnięciami butów i otwieraniem/zamykaniem drzwi. I jeszcze stukaniem garnków, gdyż gotowanie odbywało się na miejscu:) Bo i zresztą było z czego, gdyż tak pięknie zapakowanej kuchni nie pamiętam. Były świeże bułki i klasycznie wypiekane chleby, była kiełbasa, naturalny miód, naturalny biały ser, naturalna śmietana, naturalne jajka. Naturalnie wszystko z targu, na który - na prośbę naszych gości - popędziliśmy z samego rana po produkty do sesji. 
Poproszono mnie także o przygotowanie klasycznego polskiego śniadania. Pomyślałam o kanapkach i jajecznicy, ale to przecież istnieje wszędzie. Moje śniadanie to najczęściej mozarella z pomidorami, ew. słodycze, więc też odpada. Stanęło więc na twarożku z rzodkiewką i szczypiorkiem. Do tego właśnie buły z grubą warstwą masła. Przepis został zapamiętany, jednak z nazwą dania (przypominam: twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem) nasi brytyjscy odwiedzający nie mogli sobie poradzić. Generalnie zapamiętali "Biały", "Rudy" i do tego kilka przydatnych zwrotów. Po dwóch dniach (w sumie sesja trwała trzy) odkryli także, że imię Kasia (ponunciation: "Kasza") to po prostu Kate. Woleli jednak Kaszę, gdyż - jak wspólnie ustaliliśmy - "In England everyone's Kate" (W Anglii wszyscy są Kasiami.)

Ale dość tych bajdurzeń, czas na zdjęcia:



Dzień 1: Amanda i Holly egzaminują mieszkanie i jadą do IKEI po rzeczy do stylizacji. "W waszym mieszkaniu jest już tyle rzeczy z IKEI, że to nasze najmniejsze zakupy w historii." Przez cały dzień trwa dostosowywanie/sprzątanie mieszkania do zdjęć.



Dzień 2 / poranek: Pojawiają się jeźdźcy znad Tamizy, dwóch Danów i Mikey. Egzaminują mieszkanie ("Quite nice. Good, I like it."), wymieniają się informacjami o nowinkach technicznych  w swoich telefonach/smartphonach (zdjęcie powyżej, ale tego chyba nie muszę tłumaczyć) i jako jedyni z dotychczasowych odwiedzającyh znają wszystkie postaci z plakatów na ścianach! (Mick Jagger, David Bowie i Mick Ronson, Bryan Ferry, Jerry Hall, o Bardotce nie wspominam. No i przede wszystkim mój kultowy plakat z kultowego  dla Mikey'ego filmu "Quadrophenia" z końcówki lat siedemdziesiątych. No i nauczyłam się prawidłowo-brytyjskiej wymowy tytułu.)


Dzień2 / około południa: Przyjeżdża Karolina (obecna już we wcześniejszym poście ad. jelonka adwentowego). Karolina jest Szwedką, która wyjechała kilka lat temu do Anglii i tam poznała Polaka (jeśli się nie mylę, Andrzeja) i wyszła za niego z maż. Raz na pół roku bywa w Warszawie, więc mam nadzieję na ponowne spotkanie. Karolina odpowiedzialna była za tekst do wydania, więc wypytywała mnie o historię wszystkiego, co wisi lub leży w naszym mieszkaniu. Co było dla mnie nieco krępująco, co z kolei było dziwne (uczucie skrępowania) :)

Dzień 2 ogółem: sesja/jedzenie/sesja/jedzenie/sesja/jedzenie.






 Dzień 3: sesja/jedzenie/sesja/jedzenie.






Generalnie: kapitalne, intensywne 3 dni, po których zarówno my, jak i koty spaliśmy 12 godzin (choć dla kotów to chyba nie za dużo).

PS Zapraszam na strony:
http://www.ikeafamilylive.com/en/ - nie tłumaczę, dlaczego:)
http://www.danduchars.com/ - piękne zdjęcia fotografa, który robił zdjęcia u nas - Dana.

środa, 23 listopada 2011

IKEA - finally

Już dwa razy napomykałam na blogu, że w listopadzie będę miała niespodziankę.
I mam! Od sierpnia nie mogę na jej temat wydusić słowa, gdyż cała akcja była - wiadomo! - hipertajna. Ale dziś mogę, czyli donoszę, że na początku lipca przyjechała do nas siedmiosobowa ekipa z agencji, która wydaje magazyn IKEA FAMILY LIVE. Na zdjęcia i wywiad. Cool!

A zaczęło się trywialnie...
Nie jestem fanką serwisów społecznościowych i wielokrotnie podkręślałam, że wolę bloga od Facebooka. Wolę album i opowieść niż zdjęcie i podpis. Za szybko i za mało, jak dla mnie. Jednak serwisy społecznościowe są dla mnie cenne pod jednym względem: są  idealnymi albumami do katalogowania i pokazywania innym (w języku Facebooka "szerowania") zdjęć. Bo tak oto platforma Flickr stała się znakomitym nośnikiem dokumentacji dekornikowej (do której linki widoczne są zresztą po prawej stronie bloga).
I tę dokumentację znaleźli mieszkańcy Londynu pracujący dla IKEI. Pewnego zimowego dnia (tak, tak, sprawa trwała od zimy do lata) dostałam wiadomość mailową, czy byłabym zainteresowana tym, by nasze mieszkanie/pracownia ukazały się w magazynie wydawanym przez IKEĘ. Oczywiście, że tak - odpowiadziałam - mam nawet sesyjne zdjęcia, które ukazały się w jednym z polskich magazynów, mogę podesłać. "Nie, nie..." - otrzymałam wiadomość zwrotną. "My do was przyjedziemy, zrobimy zdjęcia, bo prace ukażą się w większości naszych wydań, stąd mus przyjazdu i wygenerowania własnej sesji." I tak mailowaliśmy dobre kilka miesięcy, ustalając najmniejsze nawet szczegóły i przyjazdu i zdjęć.
Co ciekawe, warunkiem "zakwalifikowania się" do sesji IKEI było wypełnienie zabawnego kwestionariusza, zawierającego pytania: "Co szalonego zrobiłaś ostatnio?", Gdybyś miała możliwość być kimkolwiek chcesz, w kogo chciałabyś się wcielić?", "Jakie marzenie z dzieciństwa spełniłaś?". Pamiętam, że było już wtedy ciepło i wypełniałam ten kwestionariusz (ponad 30 pytań!) na balkonie, w fotelu, popijając kawę z mlekiem. Przyjemne wspomnienie.
I tak właśnie doszło do inwazji Anglików (i Szwedki) na nasze mieszkanie. 
Ale o całej ekipie i o tym, co działo się na planie napiszę dokładnie jutro, gdyż muszę stopniować napięcie. Mam tu na myśli głównie siebie.
A poniżej efekt końcowy - choć ze względu na pogodę zdjęcia liche:(
Ach, i zapraszamy do IKEI - na zakupy i po magazyn!









poniedziałek, 21 listopada 2011

Nowe "Cztery Kąty" z naszą sesją!

W gazetce świątecznej!
Sesja dla Czterech Kątów odbyła się dzięki... naszemu białemu jeleniowi! Rozmawiając z Kasią, jedną z dziennikarek magazynu, wyszła kwestia, czy nie chciałabym stylizować czterokątnej sesji. Naturalnie przytaknęłam, mówiąc, że byłaby to bombowa zabawa! "Ale najpierw musimy zobaczyć, jak wygląda stylizacja w twoim wydaniu." - napisała Kasia "Czyli weź wszystko, co świąteczne w domu i przystrój go. Zrób zdjęcia, wyślij". :)
Wyszperałam, ubrałam, sfotografowałam, wysłałam. Maila dostałam: "Jelonek z szalikiem nas rozłożył."
Także poniżej przedstawiam moją "przepustkę" do magazynowego świata:


A to już cała sesja z "Czterech kątów", zdjęcia opublikowane i te, które się nie zmieściły. Ich autorem jest Monika Lewandowska, znana bliżej w redakcji jako "Zaklinaczka kotów". Bo nie wierzyłam, że Rudal i Białek dadzą sobie zrobić zdjęcia en face. A tu proszę: pierwsze ujęcia, a Rudal leży na kanapie (jak) prawdziwy kot salonowy, bez tremy i zamiaru czmychnięcia. Coś takiego widziałam po raz pierwszy w życiu...











I zapraszam na www.czterykaty.pl, gdzie też można znaleźć nasze nowości:)

piątek, 18 listopada 2011

Podkładki świąteczne na Dekorniku

Od poniedziałku:


Beżowo-brązowo-jelonkowo. I łoś.

I to mnie rozłożyło na łopatki. Na jednym ze skandynawskich blogów znalazłam takie oto leśne stworzenia, przerobione na wieszaki na prezenty (troszkę małe te prezenty...).
Poproszę takiego zamiast choinki, najlepiej na całą ścianę. Patternowy jelonek to dla mnie mistrzostwo świata.



I tu przypomnę - dygresyjnie - rozmowę, która latem przeprowadziłam ze Szwedką o wdzięcznym imieniu Karolina, mieszkającą w Anglii (i mającą męża Polaka). Pytała mnie o model rodziny w Polsce. Opowiadałam, na przykładzie moich znajomych, że zmienia się podejście do dzieci  jako części rodzinnej gromadki i do dzieci w kontekście życia pozarodzinnego. Dziecko zaczyna być partnerem, z którym możemy wyjść do lasu wspólnie robić zdjęcia, można jeździć z nim na rolkach (rodzic i pociecha), iść na wspólne dziecięco-dorosłe zakupy. I pamiętam model "mama/tata - ja, kiedy aktywności dzieliły się na stricte dziecięce (MOJA jazda na rowerze, MOJA zabawa w piaskownicy) i stricte dorosłe (wyjście na zakupy do Domów Towarowych Centrum, wyjście na Giełdę Samochodową). Kiedy miałam 5 lat nie było McDonalda, do którego można było wpaść o drodze na Shake'a i wrócić do domu, jako syty wilk (nowy hamulec do Malucha) i owieczka cała (a raczej pełna po słodkim shake'u) . Domy Towarowe były zaś mocno podzielone i odległość pomiędzy Sawą (kobiety) i Juniorem (dzieci) wydawała mi się tak wielka, jak dziś trasa Warszawa-Paryż.
Ale ad rem. Karolina wydawała się wyjątkowo zaskoczona tym, że dopiero dziś zaciera się u nas granica rodzic (patron) - dziecko (wychowanek). Opowiadała mi, jak chodziła z mamą do pracy (ja też chodziłam i nalewałam kompot do społemowskich kubków, co bawiło mnie okrutnie!). W pracy mamy były specjalne kinderprzestrzenie, a w sklepach porozkładane zabawki, by dzieciaki się nudziły. Mam z kolei miała wiele rożnych zajęć pozapracowych (m.in. wspomniana fotografia) i że ona sama robiła absoltnie wszystko, co robiła mam. Lub tata.
Ogólnie - tu gwoli tłumaczenia - piszę to, by poprzeć tezę Karoliny, że Skandynawia zawsze była 10 lat PRZED Europą kontynentalną. Dobrym przykładem ICH design, który U NAS jest teraz wszechobecny. Także skoro i mamy teraz w niektórych pracowniczych wnętrzach kinderprzestrzenie, to i może przyjmą się jelonki zamiast choinek!?
Kto jest na "tak"?

PS 1 - zdjęcia pochodzą z bloga: http://heidamen.blogspot.com/
PS 2 Kim jest Karolina, to ujawnię już w poniedziałek! jeśli dostanę pozwolenie...

wtorek, 15 listopada 2011

Bałwanki

Czyli już ostatni suwenir z Nicei.
Jak widać dwunożni Francuzi znaleźli sposób na brak zimy, a czteronożni - na nadmiar lata.


niedziela, 13 listopada 2011

Trzeci post w kolorze lazurowym - ostatni

Moja koleżanka, Angelika, z którą ponad rok wkuwałam francuskie słówka, tak cieszyła się ze swojego ostatniego pobytu w Paryżu, że przy najmniejszej okazji - a raczej bez okazji - kłóciła się ze sprzedawcami, że pomidory nie są wystarczająco dojrzałe.
I ja dziś osiągnęłam właśnie ten stan. Pytałam już pań i panów za kasą, jak jest wafelek do lodów, gazeta w podstawowym i mniejszym formacie, zapalniczki na gaz lub benzynę i wspomniana już nakrętka na kawę na wynos (PS Dziewczyny w McDo - jak mówią Francuzi - przemiłe, przepomocne i przecierpliwe). 
Wrzucam ostatnią porcję zdjęć w lazurowym klimacie i mówię Francji: Au revoir!















I muszę jeszcze wyznać, że każdego wyjazdu przywoże dwie podstawowe rzeczy: saszetki cukru z knajpek (tu przyznaję się do kleptomanii) i motyw przewodni, jak w filmie. I tym razem jest to numer z 1972 "Brandy". I proszę volume na full, bo przy tym lepiej ogląda się lazurowe obrazy. A i historia w piosence zacna:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...