czwartek, 30 stycznia 2014
środa, 29 stycznia 2014
Wietnam przygraniczny, czyli koniec Wietnamu rysuje się jak koniec świata
Podróżując po Tajlandii i podróżując po Malezji, Maciek wciąż powtarzał, że jesteśmy na końcu świata. Unikaliśmy miejsc zatłoczonych, takich jak duże hotele, resorty i raczej kierowaliśmy się do miejscowych, cichych guesthouse'ów. I ja, pomimo braku komunikacji i cywilizacji wciąż odpowiadałam, że nie czuję, że jest to koniec lub drugi koniec świata.
Ale wczoraj oboje poczuliśmy się jak na innej planecie. Jesteśmy obecnie w miasteczku Ha Tien, tuż przy kambodżańskiej granicy. Miasteczko nie ma w sobie nic wyjątkowego - ot zatoka, widać piękne wyspy Phu Quoc (raj turystyczny podobno, choć z bardzo złymi recenzjami <paradoks>), życie codzienne toczy się wokół rynku i po zmroku, a zupa Pho jest na każdym rogu. To takie miasteczko wietnamsko-kambodżańskie, bo przez pierwsze 30 lat od założenia (przez chińskiego emigranta) było w granicach Kambodży, a potem przeszło na drugą stronę.
Wypożyczyliśmy skuter, a muszą Państwo wiedzieć, że w Wietnamie im mniejsza miejscowość, tym ceny wyższe (paradoks 2). Jakby powiedzieli nasi malezyjscy koledzy taksówkarze"No choice". tak więc wypożyczyliśmy twardosiedzeniowy skuter od jedynego wietnamskiego handlowca, mówiącego po angielsku za - bagatela - 7 dolarów za dzień i stwierdziliśmy, że zwiedzimy okolicę.
W tym zakątku podobno jest plaża. Plaża ładna, dodam. jedziemy na plażę, oddaloną od Ha Tien około 20 kilometrów. W trakcie przejażdżki musieliśmy zrobić kilka przystanków ze względu na wspominane już siedzenie skutera, więc podróż trwała półtorej godziny.
Miejsce plażowe to miejsce zapomniane, jak zresztą wiele innych w Wietnamie. Na forach internetowych wielokrotnie spotykałam się z adnotacją, że dane miejsce ma piękny potencjał, który jest okropnie marnowany i to miejsce do takich się zalicza. Plaża kompletnie opuszczona, ale to nie dziwi, bo Azjaci wody słonej nie lubią. Morze wyrzuca mnóstwo śmieci, a woda - jak mówi Maciek - żur. Obok opuszczone bary z hamakami, i porzucone łodzie rybackie. Wszędzie powiewają flagi państwowe, a wokół, żywego ducha. Komu te flagi łopoczą? Nam?
Przeszliśmy brzegiem kilka razy i stwierdziliśmy - wracamy.
W poszukiwaniu obiadu, skręciliśmy w uliczkę prostopadłą do powrotnej. Może bar? Może zupa?
Baru nie było, w związku z czym nie było też zupy. Był za to... koniec świata. Niewielkie wioski wietnamskie, osady po kilka domów. Dużo dzieci na ulicach w polu, bo tu liczy się tylko rolnictwo - głównie wypas bydła. No i oczywiście bieda, jednak bieda wietnamska różni się od biedy w Tajlandii na przykład. Biedne gospodarstwa w Tajlandii mają uśmiech i zastój. Ludzie siedzą i uśmiechają się do przybyszów. Wietnamczycy są inni, co zaobserwowaliśmy przez te 10 dni pobytu w delcie Mekongu. Są ruchliwi i pracowici, cały czas sprzątają, jeżdżą, pasą, sprzedają, gotują, bawią dzieci. Musi być zajęcie, stąd bieda wietnamska ma nieco inne oblicze. Nie spotkamy ludzi bujających się w hamakach. Jeśli naprawdę nie ma nic do roboty w polu lub w domu, czas i tak spędzamy aktywnie.
O języku angielskim zapomnijmy. Jedyne znane słowo to "Hello". Komunikacja w Wietnami to - powtarzam - prawdziwe wyzwanie. Wietnamczycy to przemili ludzie, szczególnie na linii mężczyna-mężczyzna. Na każdym postoju Maciek częstowany był przez kogoś papierosem. Kiedy chcieliśmy porozmawiać (na migi), dostawaliśmy w zamian uśmiech i kręcenie ręką na znak braku wspólnego języka. I powolne odejście. Mi dwa razy proponowano herbatę (chyba).
No i dzieciaki wietnamskie. Nieziemsko ładne. Potem z dziewczynek wyrastają zresztą nieziemsko ładne młode Wietnamki. Dzieci jednak bardziej boją się aparatu. Spotkałam też jedną dziewczynkę, która sugerowała, że za zdjęcie muszę jej dać 2000 dongów (30 groszy). Pisałam już, że to zaradny naród :)
W sklepie w naszym miasteczku spotkałam chłopca w wieku mniej więcej 16 lat, który był bardzo spragniony konwersacji w obcym języku. Rozmawiałam więc z nim dobre 15 minut o tym, dlaczego w Wietnamie kompletnie nikt, nawet młode pokolenie, nie mówi po angielsku. Odpowiedział, że angielski nauczany jest w szkołach od 16 do 18 roku życia. Nie we wszystkich, a jeśli jest nauczany to z wietnamskim nauczycielem, który sam angielskiego jeszcze się uczy. On (chłopiec) z kolei chodził do szkoły/klasy dla dzieci utalentowanych, stąd dobra znajomość języka.
Koniec dnia to gorący zachód słońca. Zachody słońca w Wietnamie chyba najpiękniejsze...
wtorek, 28 stycznia 2014
Angielski w Wietnamie, czyli Forget about it!
Angielski w Wietnamie nie istnieje. Przykładowa rozmowa na straganie w dużym mieście wygląda następująco:
- Is it mango? - pytam.
- Three! - odpowiada pani, pokazując trzy palce.
- But mango? - pokazują jednym palcem wybrany owoc.
- Three!! - krzyczy pani dalej
- Mango? Yes? - nie daję za wygraną.
Pani podchodzi do mnie, wyjmuje dwa banknoty o nominałach tysiąc i dwa tysiące dongów. "Three!" - kończy rozmowę.
I tak jest wszędzie. Tajowie nie przestrzegają godzin, to fakt. Malezyjczycy zawsze źle pokażą kierunek, to przekleństwo. Ale prawdziwy Wietnamczyk jedyne, co po angielsku potrafi powiedzieć, to liczebniki.
Nie zawsze zresztą dobrze te liczebniki potrafi. Najlepszym przykładem sugerowany czas podróży. "Four." - odpowiedział pan na pytanie, ile będziemy jechać z Sajgonu do największego miasta na południu Can Tho. Dodam, że pytanie wyrażone było bardziej gestem niż mową. Miało być four, wyszło six. Z Can Tho do miasta przygranicznego Ha Tien miało być five, wyszło eight.
Wietnamczycy na turystów reagują dwojako. Pierwsza reakcja, na szczęście bardzo popularna, to "Hello!" i uśmiech. Potem podchodzimy, zadajemy pytanie (chociażby nasze "Mango?"), a sytuacja się powtarza, czyli otrzymujemy w zamian "Hello!" i uśmiech. Czasem rozłożenie rąk i uśmiech. Czasem kręcenie głową i uśmiech. Czasem lekkie uniesienie ramion i uśmiech.
Druga reakcja, spotykana często w aptekach lub zakładach usługowych typu fryzjer, to mina "O, o, będą kłopoty." i odwrócenie się tyłem do klienta. Rzadko spotykamy taką reakcję, ale czasem starsze pokolenie od razu kapituluje, nie chcąc próbować języka migowego.
Dodam jednak, że wynika to bardziej ze strachu niż złego nastawienia. Bo Wietnamczycy bardzo przyjaznym narodem są.
Dodam jednak, że wynika to bardziej ze strachu niż złego nastawienia. Bo Wietnamczycy bardzo przyjaznym narodem są.
Warto dlatego nauczyć kilku zwrotów po wietnamsku, choć nawet kiedy je wymawiamy, nie zawsze są one rozumiane.
"Ja" lub "A" lub "Ha" - cena
"Ban" - lód. Jak pokażemy "No ban", czasem można zostać zrozumianym. Dla zaawansowanych: można użyć całego zwrotu "Fon ban" (Bez lodu).
"Kafe" - kawa
"Tra" - herbata. Nie ma co próbować z "Tea". Przy czym jeśli chcemy ciepłą herbatę, pokazujemy palcami wielkość naszego kieliszka. Wtedy wiadomo, że herbatę ciepłą w małej szklance, a nie ice tea. Inaczej będziemy mieli mnóstwo BANG.
"Semaj" - wynająć. "Semaj motorbajk" jest rzeczywiście rozumiane.
No i przede wszystkich wietnamskie "Nie", które przedstawia się tak:
"Semaj" - wynająć. "Semaj motorbajk" jest rzeczywiście rozumiane.
No i przede wszystkich wietnamskie "Nie", które przedstawia się tak:
niedziela, 26 stycznia 2014
Sajgon, czyli co w powietrzu wisi (i dudni)
Wietnam kojarzy się ludziom z przestarzałymi miasteczkami, z mieszkańcami w stożkowych kapeluszach, którzy trudnią się rybołówstwem, bo tutaj, na południu przecież same rzeki. Sajogn jednak to wielkie, dziewięciomiionowe miasto, pełne kurzu i życia. Zabudowa raczej niska, gęsta, a ulice szerokie. I pełne skuterów.
Ruch drogowy w Sajgonie jest zresztą legendą. Na kanale YouTube pełno filmików o tym, jak należy poruszać się w Ho Chi Minh (wietnamska nazwa Sajgonu). Sama zresztą poniżej pokazuję jeden, bo nie jest to przesada czy wyjątek. Tak naprawdę wygląda każde skrzyżowanie w tym mieście.
Oczywiście wypożyczyliśmy skuter. Nie ma z tym większym problemów, choć skutery lub motorowery tutaj to prawdziwe klekoty. Pewnie ze względu na szkodliwość wykonywanego przez nie zawodu.
Sajgon podzielony jest na dystrykty. Wszyscy turyści lądują zawsze w dystrykcie pierwszym i rzeczywiście na kilku głównych ulicach tego rejonu zagęszczenie białych twarzy jest niepokojące. Ceny także, bo każdy Wietnamczyk, któremu udało się zdobyć miejsce w tej części miasta wie, że trafił na żyłę złota. Przykład: świeży sok z trzciny cukrowej (proszę dać go dzieciom o prośby o słodycze mają Państwo z głowy) w dystrykcie 1 kosztuje 1,5 złotego, a poza nim ok. 80 groszy. Wiem, że namacalnie 70 groszy to żadna różnica, ale procentowo rysuje się tuż inaczej. Dlatego warto zejść trochę na południe, do dystryktu 4 lub 5. Tam jest taniej i bardziej "życiowo". Za obiad zapłacimy dolara od głowy. Dodam, że jest to cena w sezonie, bo akurat za kilka dni jest chiński Nowy Rok i ceny są sztucznie windowane. Szczególnie dla turystów.
Dobrym wyborem jest targ w dzielnicy chińskiej, w dystrykcie 5, też na południu. W centrum miasta (d. 1) też jest targ, najbardziej znany, ale wyczytałam na forach internetowych (jeszcze raz polecam to źródło, jako najbardziej zaufanego dostawcę wskazówek), że nijak ma się do chińskiego. Pojechaliśmy więc na chiński.
Część z żywnością to trochę przechadzka dla osób o mocnych nerwach. Żywe ryby, pozwiązywane ropuchy wielkości ludzkiej głowy, tony ślimaków. I między tym wszystkim babcie lepią sajgonki. Można przycupnąć, zjeść zawiniątko pełne zieleniny. Matrix.
Część druga, z ubraniami wygląda jak nasze targi (np. pod Halą Mirowską w Warszawie) w latach dziewięćdziesiątych. Wszystkiego dużo, szczególnie kropek, różu, cyrkonii, i za bezcen. Prosta bluzka na ramiączka kosztuje dwa złote.
Oczywiście ten targ to także owoce, warzywa, przyprawy, ale proszę mi wierzyć, że w połączeniu z dwiema wymienionymi wyżej kategoriami, nie do końca zwraca się uwagi na taką prozę, jaką są owoce.
Co robić w Ho Chi Minh?
Można przejechać miasto rikszą. Kosztuje to ok. dwóch dolarów, a Pan obwozi po całym mieście. Nie skusiliśmy, ale widzieliśmy, że jest to bardzo popularny środek lokomocji wśród turystów. Tych, którzy nie mają skuterów :)
Można przejechać miasto rikszą. Kosztuje to ok. dwóch dolarów, a Pan obwozi po całym mieście. Nie skusiliśmy, ale widzieliśmy, że jest to bardzo popularny środek lokomocji wśród turystów. Tych, którzy nie mają skuterów :)
Można pokręcić się po dystrykcie 1, bo rzeczywiście jest tam na co patrzeć. Knajpek - jedna na drugiej - dosłownie, wąskie uliczki, kuchnie wystawione na chodniki. Miło, bardzo miło.
Można zwiedzić po zmroku jedną z głównych ulic Nguyen Hue Street, która kończy się pięknym ratuszem, a obok mieszczą się m.in. butiki Chanel i Louis Vuitton - Francuzi. Francuzów jest zresztą bardzo dużo. pozostawili po sobie budynki (rzecz jasna), umiłownie wieży Eiffla, szparagi, bagietki na każdym rogu oraz kawę, którą nazywamy Cafe (istnieje także nazwa wietnamska, ale częściej używana jest ta).
Można pojechać nad rzekę wieczorem, bo bulwar jest ładny. Powtórzę, taki francuski.
Jest co robić w Sajgonie.
Jeszcze tylko jedna uwaga: nazwa Sajgon kojarzy się skromnie, nawet mitycznie. jednak wszyscy, którzy szukają malowniczego, spokojnego miejsca, proszę omijać to miasto. Sajgon jest zapuszczony, ale nowoczesny. Są tu rozpadające się kamienice i centra handlowe. Miasto żyje w rytmie pracy - rano i od piątej do ósmej po południu ulice są zapchane. Wieczorem pełne parki. Handlarze próbują naciągnąć turystów, a pomiędzy ulicami ze straganami można zobaczyć prawdziwe życie - biedne, ale z plazmą na ścianie. Oj, nie zazna tu spokoju żadna dusza...
Jeszcze tylko jedna uwaga: nazwa Sajgon kojarzy się skromnie, nawet mitycznie. jednak wszyscy, którzy szukają malowniczego, spokojnego miejsca, proszę omijać to miasto. Sajgon jest zapuszczony, ale nowoczesny. Są tu rozpadające się kamienice i centra handlowe. Miasto żyje w rytmie pracy - rano i od piątej do ósmej po południu ulice są zapchane. Wieczorem pełne parki. Handlarze próbują naciągnąć turystów, a pomiędzy ulicami ze straganami można zobaczyć prawdziwe życie - biedne, ale z plazmą na ścianie. Oj, nie zazna tu spokoju żadna dusza...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























































