I tak właśnie opuściliśmy Kallirachi. Z mocnym przytupem.
Przytup co prawda nie należał do nas a do Matki Ziemi, jednak nie zdarza się aż tak często, dlatego czujemy się wyróżnieni.
Trzęsienie ziemi, które wystąpiło we wschodniej Grecji wczoraj, o skali od 5 do 7 w skali Richetera ( z zależności od źródła) zastało nas w ulubionej tawernie, u pana Janisa. I najpierw troszkę o nim...
Pan Janis to typowy Grek, urodzony w Kallirachi, który około trzydziestu lat temu wyjechał do Salonik za pracą. Wziął żonę, dwie walizki i pomknęli. Przez ten wielkomiejski czas ciężko pracował, wychowywał syna, a ogarniająca go tęsknota za rodzinnym miastem przybierała na sile. Siedem lat temu postanowił wrócić na stare śmieci. Otworzył tawernę, serwował dobre jedzenie i lokalne pitne pyszności, a tutejsi ludzie chętnie odwiedzali człowieka, którego jego rodzice pamiętali, kiedy "był taki malutki". I wtedy przyszedł kryzys. Scenariusz jak z długometrażowki, filmu biograficznego, kiedy główny bohater ze szczęśliwego człowieka z dobrze prosperującym biznesem zamienia się w szarego, zgiętego mężczyznę, który kasuje większość uciech z życia swojego i tych, który je do tej pory serwował. Kiedy Janis podawał nam pierwszy raz menu od razu wymienił co ma, a była to jedna dziesiąta dań. Z sałatką grecką na czele, która zresztą zamawialiśmy na kolację każdego dnia pobytu w górzystym Kallirachi. "Jeszcze cztery lata temu tawerna co wieczór była pełna." - opowiada Janis i każdy, kto stacjonuje w wiosce kilka wiosen. "Dziś lokalni mieszkańcy przychodzą i zamawiają meze i siedzą w knajpie przez kilka godzin. Przynajmniej pogadam, wiem, co się dzieje." Meze to grecka specjalność - kieliszek ouzo (wódki) i przystawki, chleb i smarowidła, w tym pyszne sery. Całość kosztuje w tej mieścinie dwa euro. nawet nie najtęższe umysły ekonomiczne (czyt. ja:) zrozumieją, że zarobku na tym nie będzie.
Janis jednak, mimo, że z jego twarzy bije lekkie zgorzknienie, pozostał przemiłym człowiekiem. Pierwszego dnia poprosiliśmy go o dostęp do sieci Wi-Fi. Przyniósł kartkę ze wszystkimi danymi, a razem z nią zachętę, że nieważne, czy knajpa będzie otwarta czy zamknięta, czy Janis w niej będzie czy nie, zaglądajmy tu kiedy chcemy i korzystajmy z internetu. W tawernie albo w ogródku. Wtedy jeszcze nie wiedział nawet, że internet potrzebny nam jest do pracy (i blogowania:).
Wróćmy jednak do wydarzeń dnia wczorajszego, kiedy to ziemia zaczęła wibrować. Siedzieliśmy właśnie na tarasie doczepionym do tawerny Janisa, popijając poranną kawę. Obok nas stolik zajmowali lokalni mężowie, którzy ewidentnie zostali przez żony wysłani po poranne zakupy, jednak zboczyli na minutkę z trasy, ażeby uraczyć się szklaneczką ouzo. Jeden dumnie dzierżył w dłoni reklamówkę z warzywami, drugi z rybami, trzeci pilnował chleba. Do panów dołączył Janis, niepijący. I wtedy, około godziny dwusnatej, poczuliśmy lekkie drżenie ziemi. Kompletnie nie wiedzieliśmy, co to i pierwszym skojarzeniem było to, ze jakiś wariat wjechał tirem w małe uliczki Kallirachi. Jednak kiedy barierka, na której Maciek opierał łokieć zaczęła wić się niczym wąż zrozumieliśmy, że coś jest nie tak. Albo ciężarówka jest wielkości warszawskiego Pałacu Kultury albo mamy ją trzy centymetry za sobą. Panowie obok nas wstali i zaczęli ze zgrozą w oczach oglądać budynek, w którym mieści się tawerna. Czyżby tir był na dachu? Janis w pośpiechu podbiegł do schodów, które prowadziły do głównego placu. Za nim pospieszyli panowie. Janis obejrzał się na nas na schodach. Maciek, sam lekko przerażony już całą sytuacją, krzyknął " Co się dzieje?" "To wy nie wiecie, co to jest?" - usłyszeliśmy w odpowiedzi pytanie oraz komendę ręką, że mamy biec za nimi. Drgania wciąż przybierały na sile, a z placu za naszymi plecami dało się słyszeć krzyki kobiet i mężczyzn. Pobiegliśmy, choć nie było to zadanie najprostsze, bo ziemia naprawdę kołysała wszystko i wszystkich na boki. Na środku Kallirachi zebrało się około trzydziestu osób, wszyscy z dwóch tawern oraz mieszkańcy okolicznych domów. Krzyczeli w niezrozumiałym dla nas języku i patrzyli w stronę prowadzących ku górze ulic. Lament i niepewność trwały około dwudziestu sekund. Potem wszyscy odetchnęli, wciąż jednak niepewni, czy nie będzie wstrząsu wtórnego. Janis obejrzał się na nas i spytał z wyczuwalną ironią w głosie: "Wciąż podoba wam się ta wioska?". "Taaaak!" - krzyknęliśmy oboje, wciąż nie do końca wiedząc, co się dzieje. Janis zaśmiał się gromko, po czym wytłumaczył nam, że takie trzęsienie ziemi (tu pierwszy raz padła w ogóle ta nazwa) zdarzyło się ostatni raz trzy lata temu. Trzęsienia na Thassos wyczuwalne są średnio cztery razy w roku, jednak najczęściej jest to lekkie drżenie podłoża, które kończy się tym, że z półek w sklepach spadnie kilka opakowań kaw i ciastek. I nikt nie robi zamieszania. To, zaręczyli wszyscy zebrani na placu, było duże. Wierzymy.


Wysublimowane podarunek od Matki Natury dostaliśmy akurat w dniu wyjazdu z Thassos, i obawialiśmy się, że w związku z ewentualnymi wstrząsami wtórnymi wstrzymane będą promy. Nic takiego jednak się nie stało (ani wstrząsów ani blokady komunikacji) i już trzy godziny później płynęliśmy spokojnie z Thassos do Kavali, czyli najbliższego portowego miasta. A z nami płynęły delfiny. Boski widok!