sobota, 31 maja 2014

A może by tak, czyli dywagacje mieszczucha

Zobaczyłam dziś na blogu coś fantastycznego. Osiemnastowieczne Chateau należące do projektanta butów Michela Perry'ego, które pokazało mi, że kupując starą posiadłość/dom nie trzeba wcale wszystkiego bieli i doprowadzać do stanu z metką "New".
Oczywiście wpadło mi to do głowy pod kątem greckiego domu, którego remont wydawał mi się nie do przejścia. Jednak patrząc na zdjęcia poniżej widać, że można zrobić coś pięknego bez farb i paperu ściernego.









A gdyby tak to...


...zamienić w to?

Żyrandol mam.

wtorek, 27 maja 2014

Grecki dom, czyli co można nabyć drogą kupna

Przy okazji pobytu na wyspie Thassos obejrzeliśmy jeden dom na sprzedaż. Tak po prostu.
Gdyby ktoś był zainteresowany, mogę przekazać kontakt :)




















Trzy razy tak, czyli głosujemy na Grecję.

Grecja jest niedoceniana. Inaczej brzmią proste zdania: Spędziłem urlop we Włoszech. Spędziłem urlop w Grecji. Włochy to prawdopodobieństwo malowniczej Toskanii, Grecja to raczej tandetny trzygwiazdkowy hotel na Kos.
Mam dom na Sycylii. Mam dom w Grecji. Pierwsze zdanie wypowiedziałby pan Niemczycki, drugie - mikroprzedsięciorca z Augustowa.

Maciek wspomina Grecję sprzed dwudziestu lat, kiedy z rodzicami wybrali się tam samochodem. Dokładnie na półwysep Chalkidiki, dziś mekkę turystów. Pamięta, że kiedy dojechali w ten rejon wieczorem, nie mogli znaleźć hotelu. Pusta plaża, żadnych neonów i dźwięków z pobliskich dyskotek. Dziś taki widok Chalkidiki jest niemożliwy nawet dla tych o wielkiej wyobraźni. Grecja postawiła na turystykę i nie dziwne, patrząc na długość linii brzegowej i przyjazny klimat. 

Są jednak miejsca, takie jak Kallirachi, które nie są uformowane pod przyjezdnych. Wejście do Kallirachi, niewielkiej mieściny na zboczach wyspy Thassos, przypomina ożenek w starej żydowskiej rodzinie. Jak mówiła kiedyś w wywiadzie Gołda Tencer: "Jeśli planujesz ślub z chłopcem z tradycyjnej żydowskiej rodziny, miej świadomość, że żenisz się z całą rodziną!". Mniej więcej tak to brzmiało. I mniej więcej tak to pobrzmiewa w tej greckiej wiosce. Status turysty lub nuworysza nie nobilituje. To ty powinieneś być cieniem i dopełnieniem tej wioski. Ta wioska bez ciebie nie straci (no, może 4,5 euro za sałatkę grecką), ty bez niej jesteś uboższy. Bo tak hermetyczne, cofnięte w czasie i urokliwe  środowisko to już nieczęsty widok w Europie.

Zachęcam Państwa dlatego do szukania w Grecji takich przystani. Po wylądowaniu na Chalkidiki, proszę wynająć samochód lub skuter i przejechać przynajmniej taki dystans, że hotele będą się rysować na horyzoncie już tylko jako majaki. Zatrzymać się wtedy w wiosce, uśmiechnąć do stojącego najbliżej mieszkańca. On na pewno odwzajemni uśmiech.


PS Szukając tawerny na obiad, zawsze proszę najpierw spytać właściciela (nie kelnera) o coś. Chociażby o wi-fi. Jeśli odpowie głośno i z uśmiechem, dotknie ramienia lub zacznie przyjaźnie mruczeć pod nosem, proszę usiąść. To gwarancja, że podczas obiadu utniemy z nim miłą pogawędkę. Może doradzi, może coś opowie, a może na migi będziemy wydobywać z siebie informacje o pochodzeniu i celu wizyty. Ale będzie zabawnie. I po grecku.

niedziela, 25 maja 2014

Otrzęsiny, czyli terapia szokowa na przypieczętowanie naszej przynależności

I tak właśnie opuściliśmy Kallirachi. Z mocnym przytupem. 
Przytup co prawda nie należał do nas a do Matki Ziemi, jednak nie zdarza się aż tak często, dlatego czujemy się wyróżnieni. 
Trzęsienie ziemi, które wystąpiło we wschodniej Grecji wczoraj, o skali od 5 do 7 w skali Richetera ( z zależności od źródła) zastało nas w ulubionej tawernie, u pana Janisa. I najpierw troszkę o nim... 
Pan Janis to typowy Grek, urodzony w Kallirachi, który około trzydziestu lat temu wyjechał do Salonik za pracą. Wziął żonę, dwie walizki i pomknęli. Przez ten wielkomiejski czas ciężko pracował, wychowywał syna, a ogarniająca go tęsknota za rodzinnym miastem przybierała na sile. Siedem lat temu postanowił wrócić na stare śmieci. Otworzył tawernę, serwował dobre jedzenie i lokalne pitne pyszności, a tutejsi ludzie chętnie odwiedzali człowieka, którego jego rodzice pamiętali, kiedy "był taki malutki". I wtedy przyszedł kryzys. Scenariusz jak z długometrażowki, filmu biograficznego, kiedy główny bohater ze szczęśliwego człowieka z dobrze prosperującym biznesem zamienia się w szarego, zgiętego mężczyznę, który kasuje większość uciech z życia swojego i tych, który je do tej pory serwował. Kiedy Janis podawał nam pierwszy raz menu od razu wymienił co ma, a była to jedna dziesiąta dań. Z sałatką grecką na czele, która zresztą zamawialiśmy na kolację każdego dnia pobytu w górzystym Kallirachi. "Jeszcze cztery lata temu tawerna co wieczór była pełna." - opowiada Janis i każdy, kto stacjonuje w wiosce kilka wiosen. "Dziś lokalni mieszkańcy przychodzą i zamawiają meze i siedzą w knajpie przez kilka godzin. Przynajmniej pogadam, wiem, co się dzieje." Meze to grecka specjalność - kieliszek ouzo (wódki) i przystawki, chleb i smarowidła, w tym pyszne sery. Całość kosztuje w tej mieścinie dwa euro. nawet nie najtęższe umysły ekonomiczne (czyt. ja:) zrozumieją, że zarobku na tym nie będzie. 
Janis jednak, mimo, że z jego twarzy bije lekkie zgorzknienie, pozostał przemiłym człowiekiem. Pierwszego dnia poprosiliśmy go o dostęp do sieci Wi-Fi. Przyniósł kartkę ze wszystkimi danymi, a razem z nią zachętę, że nieważne, czy knajpa będzie otwarta czy zamknięta, czy Janis w niej będzie czy nie, zaglądajmy tu kiedy chcemy i korzystajmy z internetu. W tawernie albo w ogródku. Wtedy jeszcze nie wiedział nawet, że internet potrzebny nam jest do pracy (i blogowania:).
Wróćmy jednak do wydarzeń dnia wczorajszego, kiedy to ziemia zaczęła wibrować. Siedzieliśmy właśnie na tarasie doczepionym do tawerny Janisa, popijając poranną kawę. Obok nas stolik zajmowali lokalni mężowie, którzy ewidentnie zostali przez żony wysłani po poranne zakupy, jednak zboczyli na minutkę z trasy, ażeby uraczyć się szklaneczką ouzo. Jeden dumnie dzierżył w dłoni reklamówkę z warzywami, drugi z rybami, trzeci pilnował chleba. Do panów dołączył Janis, niepijący. I wtedy, około godziny dwusnatej, poczuliśmy lekkie drżenie ziemi. Kompletnie nie wiedzieliśmy, co to i pierwszym skojarzeniem było to, ze jakiś wariat wjechał tirem w małe uliczki Kallirachi. Jednak kiedy barierka, na której Maciek opierał łokieć zaczęła wić się niczym wąż zrozumieliśmy, że coś jest nie tak. Albo ciężarówka jest wielkości warszawskiego Pałacu Kultury albo mamy ją trzy centymetry za sobą. Panowie obok nas wstali i zaczęli ze zgrozą w oczach oglądać budynek, w którym mieści się tawerna. Czyżby tir był na dachu? Janis w pośpiechu podbiegł do schodów, które prowadziły do głównego placu. Za nim pospieszyli panowie. Janis obejrzał się na nas na schodach. Maciek, sam lekko przerażony już całą sytuacją, krzyknął " Co się dzieje?" "To wy nie wiecie, co to jest?" - usłyszeliśmy w odpowiedzi pytanie oraz komendę ręką, że mamy biec za nimi. Drgania wciąż przybierały na sile, a z placu za naszymi plecami dało się słyszeć krzyki kobiet i mężczyzn. Pobiegliśmy, choć nie było to zadanie najprostsze, bo ziemia naprawdę kołysała wszystko i wszystkich na boki. Na środku Kallirachi zebrało się około trzydziestu osób, wszyscy z dwóch tawern oraz mieszkańcy okolicznych domów. Krzyczeli w niezrozumiałym dla nas języku i patrzyli w stronę prowadzących ku górze ulic. Lament i niepewność trwały około dwudziestu sekund. Potem wszyscy odetchnęli, wciąż jednak niepewni, czy nie będzie wstrząsu wtórnego. Janis obejrzał się na nas i spytał z wyczuwalną ironią w głosie: "Wciąż podoba wam się ta wioska?". "Taaaak!" - krzyknęliśmy oboje, wciąż nie do końca wiedząc, co się dzieje. Janis zaśmiał się gromko, po czym wytłumaczył nam, że takie trzęsienie ziemi (tu pierwszy raz padła w ogóle ta nazwa) zdarzyło się ostatni raz trzy lata temu. Trzęsienia na Thassos wyczuwalne są średnio cztery razy w roku, jednak najczęściej jest to lekkie drżenie podłoża, które kończy się tym, że z półek w sklepach spadnie kilka opakowań kaw i ciastek. I nikt nie robi zamieszania. To, zaręczyli wszyscy zebrani na placu, było duże. Wierzymy. 





Wysublimowane podarunek od Matki Natury dostaliśmy akurat w dniu wyjazdu z Thassos, i obawialiśmy się, że w związku z ewentualnymi wstrząsami wtórnymi wstrzymane będą promy. Nic takiego jednak się nie stało (ani wstrząsów ani blokady komunikacji) i już trzy godziny później płynęliśmy spokojnie z Thassos do Kavali, czyli najbliższego portowego miasta. A z nami płynęły delfiny. Boski widok!

piątek, 23 maja 2014

Kallirachi, czyli oby nie patrzeć z góry

Ech, Kallirachi. Jeśli szukają Państwo miejsca w Grecji, w których wszystko jest bardziej greckie niż na zdjęciach w internecie, mogą tu Państwo śmiało jechać. Dojazd nie jest co prawda najłatwiejszy, bo Thessaloniki oddalone są stąd o podróż trwającą dobre ok. 5 godzin, ale warto.
Wie to kilka par z różnych części Europy, które kupiły tu domy. Mamy tu Vivicę i Ulfa ze Szwecji, mamy Sama i Michelle z Anglii, mamy małżeństwa z Niemiec, Włoch i nie do końca europejskiej Rosji. Na pewno nie do końca PRO europejskiej :) Dom w Kallirachi to maksymalny wydatek sześćdziesięciu tysięcy euro czyli dwustu czterdziestu tysięcy polskich złotych. Dom mamy wtedy duży, choć zdewastowany. Pytaliśmy wszystkich, jak remontowali swoje zdobycze i w barwnych opowieściach rysuje się obraz zaufanego i lokalnego pana naprawiacza, który na mailu ustala wszystko i rzetelnie wypełnia powierzone obowiązki. Wszyscy jednak ostrzegają, że najważniejszą rzeczą przy zakupie lub wynajmie domu jest poznanie odpowiednich ludzi. W Grecji wciąż panuje przeświadczenie, że znajomość z cenionym w wiosce seniorem to pewność szacunku i poważnego traktowania. Bez naciągania, bez kłamstw i krętactw. Vivica i Ulf opowiadali, że poznali najpierw seniora z wioski obok, który wychowywał się w obłożonym górami Kallirachi i zna wszystkich, zarówno tych którzy tu zostali jak i tych, którzy wyjechali. To zapewniło im kolejne znajomości z godnymi zaufania fachowcami, których koordynował przy pracy senior.
A skoro poruszyłam temat wyjazdów z Kallirachi, to właśnie ta emigracja młodych ludzi jest powodem, dla którego w tej miejscowości co trzysta metrów straszy pusty dom. Ludzie wyjechali, mury pozostały. Dachy się pozapadały, a dachówki straciły swoją żywą czerwień.
Niewysoka cena domów, ich dostępność oraz stosunkowo prosta droga przy załatwianiu formalności (znów: trzeba jedynie znać odpowiednich ludzi, w tym przypadku prawników) sprawiło, że do Kallirachi ściągnęli normalni ludzie, a nie krezusi. Para szwedzka to pan złota rączka i pani z banku, Anglik to elektryk, a para z Niemiec to drobny przedsiębiorca z żoną "przy domu". Wszyscy zjeżdżają się tu dwukrotnie w ciągu roku - raz późną wiosną (właśnie w maju), aby przystosować domy na drugie powitanie, które następuje w lipcu. Wszyscy zostają miesiąc, dwa lub trzy, w zależności, na ile pozwala im praca. Jedynie jedno małżeństwo z Niemiec żyje tu przez cały rok.
Zapytani, dlaczego wybrali Kallirachi, zgodnie odpowiadają, że decyzje zapadały spontanicznie. Przyjechali, pokochali, wyremontowali. I zostali. Anglik podjął decyzję o zakupie (i podpisał papiery) w dwa dni. Mówi, że przyjeżdżając tu zyskał nowe życie. "W Anglii nie mam nic." - opowiada. "Mam fajne życie, ale wyjście na piwo do pubu to dla mnie zbyt duży wydatek. Tu każdy wieczór spędzam w zaprzyjaźnionej tawernie." Snuje także marzenie o zostaniu biznesmenem. Lokalni ludzie polubili go na tyle, że raczą go specjałami z regionu. "Gdybym miał smykałkę do interesów, sprowadzałbym te oliwki, oliwę i miód na Anglii." Tu jest to tak tanie, że ludzie rozdają te delicje za drobne przysługi, jak wkręcenie żarówki (Anglik) czy przykręcenie kolanka w instalacji łazienkowej (Szwed). Anglik nazywany jest przez miejscowych "White Gipsy", czyli Biały Cygan. Kupił zszargany crossowy motocykl i dzięki temu - jak mówi - ma na tej słonecznej wyspie więcej znajomych niż na tych, zalanych deszczem. Szwed poucza także, że najważniejsze to nie pokazywać pieniędzy. Nie wywyższać się i nie sprawiać wrażenia bogatszego niż się naprawdę jest. "Tu każdy jest biedny" - przekonuje. "Nie można szastać pieniędzmi, bo albo cię znielubią albo oskubią.
Turystyki w Kallirachi nie ma. Jest jeden dom na wynajem, należący do najbogatszego przybysza - dom murowany z pięcioma pokojami i trzema łazienkami. Rzadko jest zasiedlony, bo większość turystów przyjeżdża tu jedynie na obiad. I to też nieczęsto.
Vivica i Ulf pokusili się jednak na stworzenie przystani dla zachodnich przybłędów. Dolny poziom swojego domu przerabiają powoli na dwupokojowy apartament z miniłazienką, a w przyszłości także kącikiem kuchennym. Zastaliśmy ich przy remoncie, przypadkiem. "Kiedy chcecie przyjechać?" - zapytali. Za dwa dni. "Ok, czyli za dwa dni muszę skończyć wasz apartament" - odpowiedział z uśmiechem Ulf. Przyjechaliśmy i choć z rur cieknie niemiłosiernie, a drugi pokój nie ma jeszcze okna, całość jest super. "My nie chcemy turystów z przypinką All Inclusive" - mówią. "My chcemy takich wy. No wiecie, backpackersów!" No właśnie, tak zostaliśmy backpackersami...



środa, 21 maja 2014

Kallirachi online, czyli jak dobrze mieć kontakt ze światem


Wreszcie mamy internet! Dlatego, mimo pięknej pogody, nadgoniliśmy czytanie w internecie. Wiem, że to zbrodnia przeciwko słońcu i wakacjom, ale jeśli przeczytają Państwo wpisy w dzienniku Krystyny Jandy, to zrozumieją Państwo dlaczego tęskniłam za lekturą online. Notka o tym, jak klienci przekręcają tytuły sztuk oraz jakie pytania najczęściej zadają dziennikarze to tragikomedia w najczystszym wydaniu i cudowna lektura niezobowiązująca. Kawałek cytuję, resztę zostawiam zainteresowanym w linku:

Jedna pani niedawno chciała kupić bilety dla siebie i wnuczka na ICH CZWORO bo uznała że to spektakl dla dzieci. Wyprowadzana z błędu, upierała się że skoro grają tam zwierzęta - kuna, kot i szczur, to to nie może być spektakl dla dorosłych. Kiedy od naszych kasjerów dowiedziała się że to nazwiska aktorów a nie postaci sztuki, Izabela Kuna, Tomasz Kot i Jerzy Stuhr, tłumaczyła że właśnie przyjechała z Australii i chciała zabrać wnuczka do teatru.

http://www.krystynajanda.pl/dziennik?y=2014&m=5&d=15

PS Zresztą my na wyjazdach i tak zawsze pracujemy, więc laptopy są nieodłączną częścią podróży. Dlatego możemy wyrywać się całkiem często :)

PS2 Poza tym miło się znaleźć w necie takie zdjęcia, jak poniżej. Bo tak wyglądała miejscowość Skala Kalirachi zaledwie 50 lat temu:



PS 3 Wczoraj wieczór spędziliśmy w knajpce przy placu głównym. Połowa wioski (jej męskich przedstawicieli) grało w grę karcianą o nazwie BIRIBA. Panowie starali się wytłumaczyć mi językiem rąk, na czym polega tajemnicza gra.  Dobrze mieć internet, łatwiej poznać zasady. Chyba się przymierzę przy następnej rozgrywce...

poniedziałek, 19 maja 2014

Wszystkie Skale Grecji, czyli stairways to heaven?

Do Grecji stosunek zawsze miałam mieszany. Ich manana, luz i lekkie zaniedbanie nie pasują do mojej natury geeka z cienką podszewką ADHD. A jak pisał Hemingway, nie sposób uciec od siebie , przenosząc się z miejsca na miejsce. Więc trochę ja nietutejsza. Z drogiej strony ich komunikatywność, bezinteresowność i optymizm to coś, co urzeka przybysza. Jesteśmy w miejscowości Skala Maries około tygodnia i od właścicieli tawerny, do której codziennie zaglądamy po espresso i internet doznaliśmy tyle dobrego, co chyba przez rok w naszym pochmurnym podobno teraz kraju. Po pierwsze prawie codziennie dostajemy darmowy deser, jeśli tylko pojawimy się w dobrej porze dnia (po południu). Po drugie pisałam już o chęci udostępnienia nam przez nich internetu - nieodpłatnie. Niestety nie wyszło do końca. Po trzecie, kiedy dowiadują się, że chcemy odwiedzić pobliską miejscowość, dowiadują się, kto jedzie w danym kierunku, żebyśmy nie jechali autobusem, a z kimś z miasteczka, w komfortowych warunkach. Po czwarte, zgubiłam bluzę. Właścicielka tawerny Eleni, znając niektórych kierowców autobusu, zadzwoniła do każdego z pytaniem, czy danego dnia miał kurs i czy nie znalazł przypadkiem beżowego okrycie wierzchniego. Nie znaleźli. 
Te cztery punkty to dowód, że w Grecji mieszka się łatwo. Każdy doradzi, każdy pomoże. Każdy nawet nauczy, bo przy każdej wizycie w ( jedynym w mieścinie) sklepie lub na (weekendowym) straganie zawsze przyswajamy nowe słówka od chętnie edukujących nas autochtonów. 
nie znam Grecji i nie wiem, czy Skala Maries jest pod tym kątem wyjątkowa. Maciek mówi, że nie. Że cały kraj i wszyscy ludzie są tacy. Pamięta ich gościnność sprzed ponad 10 lat, kiedy w czasach licealnych wybrał się z kolegą na tzw. hitchhiking, czyli po polsku autostop po Bałkanach. Od tego czasu Maciek zawsze wypowiada się o Grecji co najmniej pozytywnie. 
Thassos, wyspa na której mieszkamy, to malownicze miejsce. Przedostatnia wyspa po wschodniej stronie Grecji, za Chalkidiki, a tuż przed Tracją, stroni od turystów. Kogokolwiek pytam o zagęszczenie ludzi z północy w ciepłych miesiącach roku, odpowiada, że oprócz trzech miejscowości typowo turystycznych, nie zauważymy najazdu. W Skala Maries w lipcu jest ok. 300 ludzi przyjezdnych. Większa część z nich to Ci, którzy zatrzymują się tu na obiad. W miejscowości nie ma żadnego hotelu. Są mieszkania do wynajęcia, pokoje, domy. W sumie miejsca na pięćdziesiąt osób. Thassos nastawia się głównie na Niemców, choć z tego co pamiętam cała Grecja najbardziej lubi turystów z tego kraju. Jednak tu nie uświadczymy znaków i napisów w języku angielskim. Ludzie uczą się słówek niemieckich, oglądają kanały w Tv w języku typowym dla Bawarii, nie dla Essex :) W hotelu, w którym zatrzymaliśmy się pierwszej przejazdowej nocy, właścicielka, cudna leciwa kobieta imieniem Electra, co kilka minut krzyczała do nas z drugiego końca korytarza, restauracji lub ogrodu "Alles gut?". W końcu zaczęliśmy odpowiadać "Ja". 
Do tego, to co urzeka na Thassos to osobliwie umieszczone miejscowości. Każda z nich ma dwie odsłony. Jest np. Maries i Skala Maries. Jest Kallirachi i Skala Kallirachi, Prinos i Skala Prinou. Miejscowości oryginalne, bez ozdobnika Skala, leża od dwóch do dziesięciu kilometrów wgłąb lądu. Wszystkie "Skale" to miejscowości nadmorskie, a skala oznacza tych co "schody", "zejście", najlepiej, trafnie przetłumaczone na angielski (nie niemiecki!) jako "stairways". Thassos wyspą jest wulkaniczną, więc i wyboistą, stąd różnice w poziomie morza pomiędzy np. Maries i Skalą Maries sięgają nawet tysiąca metrów. Wędrówka ze Skala Kallirachi do Kallirachi, choć trwa zaledwie 30 minut i mierzy dwa kilometry, to trzydziestominutowa wspinaczka. A samo miasteczko nie daje wytchnienia, bo uliczki w nim to istny pionowy labirynt. 

Dziś właśnie przeprowadzamy się do Kallirachi, od włoskiej cudnej kobiety to szwedzkiej i równie przyjaznej pary, która ma tam dom. Jeśli dojdziemy...


Kallirachi czyli czym Grecja bogata. No, powiedzmy.

Kallirachi to wioska, która chciałam zwiedzić już z poziomu warszawy. Wpisałam w wyszukiwarkę zapytanie o najpiękniejsze miejsca na wyspie i nazwa Kallirachi wyskoczyła od razu. Nie dziwię się, bo to śliczna, niewielka (choć większa niż Skala Maries) mieścina. I tak grecka jak tylko greckim można być.
Wystarczy spojrzeć na zdjęcia poniżej.






Jutro przenosimy się znad morza w góry, czyli ze Skala Maries do Kallirachi. Aby zamienić krajobraz z tego przesiąkniętego błękitem na ten z lasem i skałą wystarczą... 2 kilometry! Jutro je pokonujemy!

sobota, 17 maja 2014

Greckie dwa tygodnie, czyli my znowu w podróży





Wylądowaliśmy w Grecji, a dokładnie w Salonikach. Z lotniska w Salonikach należało przemieścić się na drugą stronę miasta, dwoma środkami lokomocji. Po dotarciu na drzworzec "po drugiej stronie miasta" nastąpiła przesiadka do miasta Kavala, a podróż autobusem klasy B po drogach klasy A zajęła nieco ponad dwie godziny. Z Kavali już tylko prom, półtorej godziny, na malowniczą wyspę Thassos.



Thassos to wyspa gór. I zatok. Część wyspy (wschodnie wybrzeże) to turystyka, druga część to po prostu Grecja. Białe budynki, granatowe okiennice, bordowe kwiaty. Dużo ruin (piszę do domach), trochę tawern, jeden, dwa sklepy na miasteczko. Do tego fale, domy poustawiane na skalach i jaskółki, które latają niżej od tarasów. Widoki niezwykłe.

Szukaliśmy w Grecji wyspy, która nie kojarzy się z hotelami. Nie ma w nazwie Kos lub Chania, a leżaki na plaży nie są częścią krajobrazu. Zachodnie wybrzeże wyspy Thassos, pływającej przy brzegu Macedonii, spełniło te wygórowane w kontekście Grecji żądania. W naszym znalezionym kompletnie przypadkiem miasteczku Skala Maries jest pięć tawern, w tym jedna uważana za najlepszą na całej wyspie. Jest także jedna piekarnia i jeden supermarket w pojęciu greckim, w niczym nieprzypominający sklepów Społem. wszystko prowadzone jest przez lokalnych mikrobiznesmenów, bardziej przyjaznych i serdecznych niż Ci z marketingowych plakatów. Przykład: nasze mieszkanie nie ma internetu. Musimy więc codziennie człapać do jednej z tawern (tej najlepszej na wyspie), żeby odsiedzieć w niej bite 60 minut i pozałatwiać sprawy na linii Warszawa - Skala Maries. Nico, właściciel knajpy, widząc nasze zmieszanie i wyczuwając w powietrzu problem, poinformował nas, że mieszka niedaleko naszego domu i że jeśli chcemy, może udostępnić nam dane do sieci, abyśmy mogli legalnie podkradać internet. Do naszego mieszkania sprytny plan co prawda nie sięga, ale już kilka kroków poza budynkiem - owszem. Widok chłopaka i dziewczyny, siedzących z laptopami na skałkach przydrożnych jest dla mieszkańców wręcz zdumiewający, toteż nie praktykujemy tej metody zbyt często. Ze szkodą dla bloga, niestety…













Jutro opiszemy, jak żyje się w Skala Maries, dlaczego wszystkie wioski nadmorskie mają w nazwie Skala i są całkiem nowe. A wszystko to wiemy od uroczej pary prowadzącej najlepszą tawernę w Thassos. Raczą nas codziennie takimi opowieściami. I darmowym ciastem.

Ściskamy ciepło wszystkich czytelników!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...