Jest mi niezręcznie pisać podsumowanie Wietnamu, bo myślę, że prawdziwego - lub turystycznego, kto wie - Wietnamu nie widzieliśmy zbyt wiele. Nie wiedzieliśmy tego państwa na tyle, żeby wiedzieć, co jest turystyczne, co lokalne. Co typowe, co wyjątkowe. Nie widzieliśmy głównych atrakcji Wietnamu, to na pewno. nie było w naszej marszrucie (lub lepiej motorucie) ani pływających targów ani górskich tarasów ryżowych ani Hanoi. Wszystko to miało być jeszcze miesiąc temu, ale problemu transportowe Wietnamu nas powaliły.
Muszę tu wspomnieć, że jesteśmy Zosiami Samosiami. Nie lubimy zorganizowanych wycieczek, przewodników, tłumaczy, naciągaczy. Uważam, że uśmiech jest najskuteczniejszym językiem, a mapa najmądrzejszym przewodnikiem. Intuicja też jest niezłą towarzyszką podróży.
W Wietnamie to wszystko zawodzi. Wielokrotnie czytałam na forach i blogach internetowych, że ktoś spędził cudowny czas w Wietnamie z lokalnymi rodzinami swoim przyjacielem z Wietnamu, który władał - nie, nie mieczem - językiem angielskim. Przewodnik/przyjaciel jest w tym kraju niezbędny. Wietnamczycy są bardzo przyjaźni, ale skromni, wycofani. Tak jak pisałam kilka dni temu, najczęstszą odpowiedzią, jaką dostaniemy od lokalnej ludności to uśmiech, zniżenie głowy lub pokręcenie głową/ręką, zawsze jednak w geście przeczącym. Wietnamczycy także mają trudność ze zrozumieniem własnych słów, nazw miast, jednak wypowiadanych przez europejczyków. Nie zawsze czytają też mapę, choć ten problem bardziej występuje w Tajlandii czy Kambodży, które mają własne pismo. Dlatego,kiedy zgubimy mapę -jak raz stało się w naszym przypadku- biada! Bo możemy polegać tylko na niej. I na samym sobie.
Ale po kolei:
Dla kogo jest Wietnam:
Dla survivalowców. Dla ludzi, którym nie straszny kurz i robaki. Dla wszystkich, którzy lubią kuchnię z ryżem lub noodlami, choć wspomnę od razu, że to co jemy w wietnamskich knajpach w Polsce ma się nijak do tego, co serwują tutaj. Tu jest lekko, minimalnie, a w daniach nie znajdziemy pomidorów i kukurydzy, a liście. Ludzie żywią się tu przetworami z ryżu i chlorofilem. Sałatki z liści, napoje z trawy - czysty zielony barwnik, bardzo zresztą zdrowy. Można sobie skutecznie uzupełnić braki, które mamy mieszkając nad Wisłą. Korzystałam.
Jak podróżować po Wietnamie:
Są dwa główne sposoby.
1. Przewodnik i zorganizowane wycieczki, czyli coś, czego tygrysy nie znoszą najbardziej. Ale wycieczka na pewno udana. Takie organizowane imprezy, bale i lokale są dość drogie, przynajmniej porównując do wielkości, którymi posługujemy się w Wietnamie na co dzień. Około 20 dolarów od osoby, czy to na targ wodny, czy to przejażdżka nad zielone tarasy. Za 20 dolarów w Wietnamie przeżyjemy tydzień, choć pewnie nie z takimi widokami.
2. Podróż motocyklem. też chcieliśmy się załapać, niestety w Nowy Rok wszystko wyprzedane. Motocykl w Wietnamie kosztuje ok 300-350 dolarów, a najczęstszą trasą jest Sajgon - Hanoi, czyli z południa na północ. bagatela 1700 kilometrów na jednośladzie. Jest sporo entuzjastów takiego sposobu podróżowania, choć z tego, co czytałam wszystkim wydawało się, że będzie łatwiej. Wszak 1700 kilometrów podzielone na 14 dni daje nam nieco ponad 100 kilometrów dziennie. nie więcej niż trzy godziny. Jednak post factum okazuje się, że są odcinki, gdzie po prostu nie ma się gdzie zatrzymać i nasz odcinek ze stu kilometrów wydłuża się do trzystu, a trzy godziny do jedenastu.
Wierzę w te błędne szacunki i faktyczny stan, bo stan dróg w Wietnamie jest gorszy niż w Kambodży. Koleiny, progi i przede wszystkim potężny tłum skuterów, nawet w rejonach bez domów. Nie wiem, gdzie ci zmotoryzowani Wietnamczycy mieszkają, bo biorąc pod uwagę liczbę domów i to, że w każdym mieszka po 4-5 osób, to i tak skuterów wydaje się dziesięć razy więcej niż miejsc do zamieszkania.
Transport publiczny jest okrutny. Po pierwsze zawsze spóźniony, bardziej niż w Tajlandii. Lub przyspieszony, jak sobie lokalny zażyczą. O droga już pisałam, jednak biorąc pod uwagę to, że pojazdy, którymi się przemieszamy resory mają żadne,zdarza się, że na kolejnym progu podskoczymy pięćdziesiąt centymetrów do góry. I nie przesadzam. Radzę przyjąć wygodną i bezpieczną dla kręgosłupa pozycję, a w autobusach nie zajmować ostatnich miejsc, bo te najczęściej dzielimy z plecakami, oponami i narzędziami do naprawy wehikułu. Narzędzia akurat są przydatne, bo zdarzyło nam się, że autobus stanął, a wszyscy pasażerowie płci męskiej zostali poproszenie o pomoc w popchnięciu go jakieś 20 metrów. Aż zapali.
Akomodacja w Wietnamie:
Niedroga. Dwadzieścia dolarów to maksymalna kwota za pokój czysty, standard podwyższony, a karaluchów mniej. Nie piszę o karaluchach z wykrzywieniem na twarzy, bo w tej ciepłej części świata po prostu trzeba się przyzwyczaić, że są to zwierzaki domowe. Takie mniejsze psy.
No ale dwadzieścia dolarów, to - jak mówiła moja mama - świat i ludzie. Za 250 tysięcy wietnamskich dongów, co daje nam równowartość dwunastu dolarów, mamy pokój z własną łazienką. Za osiem dolarów z łazienką wspólną. Lepiej doinwestować te cztery dolary, choć cztery dolary w tym przyjaznym kraju to ładna kolacja. Ale jeśli stać nas na bilet w tak odległy zakątek świata, stać nas zapłacić 12 złotych więcej za dobry nocleg.
Szukać noclegu można wszędzie. We wszystkich krajach, w których byliśmy system informacyjny zwany pocztą pantoflową został opanowany do perfekcji. Jeśli nie zapytany Wietnamczyk, to na pewno jego przyjaciel mają pokój do wynajęcia. jeśli nie przyjaciel to przyjaciel szwagra kuzyna żony. Można po prostu udać się na obiad i powiedzieć, że jesteśmy tuż za rogiem, jak coś się znajdzie, proszę nam dać znać.
Od razu jednak - i tu uczulam - od razu pytajmy o cenę, gdzie to jest, jakie warunki (ciepła woda, toaleta, widok). I przede wszystkim nie dawajmy się naciągać… naciągaczom, którzy owszem, zaprowadzą lub podwiozą, a potem, na wzór egipski wyciągają łapkę po swoje. Pytać i pilnować portfela - oto nasze motto.
Co ważne w hotelach: pokój "standard" najczęściej oznacza pokój bez okna. Pokój "deluxe", "superior" to już pokój z oknem. To nas zaskoczyło.
Jedzenie w Wietnamie.
wszystkie, ale to wszystkie stragany straszą lub przyciągają nas (zależy kogo) wiszącymi ciałami kur lub ryb. Włączają nam w głowie kaseton z napisem "Przetwory mięsne". Siadamy, zamawiamy, kurczaka z ryżem. Dostajemy ryż, sporo. Cudownie, myślimy. A potem dostajemy liście z z kurczakiem w proporcjach 4:1.
O daniach wegetariańskich niewielu Wietnamczyków słyszało, jednak nawet zmawiając niejarskie danie, spokojnie kurczaka jesteśmy w stanie odsunąć na bok.
Zamawiając zupę Pho bądźmy przygotowani na… bulion/wywar. Dostaniemy do tego… - proszę zgadnąć - liście! A potem koszyk sosów do doprawienia. Jak doprawimy, taka będzie zupa. I nie ma zwalania na kucharza!
No i trzeba spróbować sajgonek w Sajgonie. To taki standard przewodnikowy, ale są pyszne. Jeśli ktoś lubi liście :)
Kawa w Wietnamie jest wyśmienita. Chociaż ja obrałam postanowienie, że podczas naszej podróży nie tykam kawy, to jednak podpijam łyżeczką od Maćka. Taka dobra! Mocna, że aż gęsta, słodka, że aż deserowa. I tu, podobnie jak o herbatę, pytamy o kawę i pokazujemy palcami wielkość niewielkiej szklanki, wtedy sugerujemy, że nie chcemy Ice coffee.
Ceny w Wietnamie:
To najtańszy kraj w którym byliśmy - zupa 1 dolar, Powyżej tej kwoty - wersja deluxe lub po prostu turystyczna ulica. Zdarzało się, że za pół dolara mieliśmy na targu pyszne dwie zupy.
Jeśli inny obiad na ulicy (a radzę jeść na ulicy) to przygotujmy 3 dolary.
Skuter wypożyczymy w Wietnamie za 4 dolary w dużym mieście, za 6 w małym (ceny już po targach). Tak, w małym mieścinach takie rzeczy są droższe niż w dużych miastach. I tak, też nas to dziwi.
Co wziąć:
Aparat.
Ciuchów nie trzeba, tanie jak barszcz. Za koszulkę na ramiączka na bazarze zapłacimy 6 złotych, choć ciężko znaleźć taką bez cyrkonii i innych aplikacji. Albo bez loga Galvin Klein, Coca Chanel czy Adadis. Z butami jest podobnie, bo ładne baletki znajdziemy za 110 tysięcy dongów, czyli 5 dolarów.
Wietnam także ma piękne tkaniny - coś dla pań. Gdybym znała się na materiałach, na pewno przywiozłabym skrawek na sukienkę lub obrus. jednak nie znam się, a wolę uniknąć sukienki we wzór ceraty, jeśli okaże się, że dobrałam zły materiał do złego zastosowania. Ale tkaniny bardzo polecam, bo wzory rzeczywiście piękne.
Słownik. Inwestycja szybko się zwróci w postaci komfortu.
Targowanie:
Można. Wietnamczycy od razu dadzą Państwu znać, kiedy przesadziliśmy, bo wycofują się. jest to szczere i wiemy, że nie zejdą tak nisko. Targowanie wygląda tak, że my schodzimy o 40 procent ceny, sprzedawca powraca do ceny obniżonej o 20 procent, a my wtedy próbujemy z tej zejść. I wiemy, czy zejdzie czy nie zejdzie.
Najlepiej wyciągnąć od razu pieniądze, przygotować sugerowaną przez nas sumę. Wiadomo, że człowiek zakochuje się głownie przez oczy, więc tak łatwiej nam jest dobić targu. Tak zbiłam bluzę ze 150 tysięcy dongów na 120 tysięcy dongów (z 8,5 dolara na 6). Pan nie chciał opuścić, wyjęłam sumę i wyciągnęłam w kierunku sprzedawcy, mówiąc "I'll give you 120 thousand dongs." (Dam Panu 120 tysięcy dongów.) Wzięłam w drugą rękę bluzę. Uśmiech. Targ dobity.
Nie przesadzajmy jednak z targowaniem, szczególnie jeśli mamy po drugiej stronie miłego sprzedawcę. Pamiętajmy, że dla nas w Wietnamie i tak jest tanio, a pan/pani ma rodzinę na utrzymaniu. Nie warto.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz