Pierwszym naszym “miejsce na ziemi” była kambodżańska wyspa Koh Rong Samloem, na którą trafiliśmy rok temu. Obiecaliśmy sobie wtedy, że dotrzemy tu i w tym roku i obietnicy dotrzymaliśmy.
W tym roku jednak Maciek miał przeczucie do wietnamskiej wysepki Ly Son, która wyszperał na mapach Google’a. Ly son oddalona jest od brzegu o półtorej godziny, płynąc szybką łodzią publiczną. Do portu, skąd łódź odpływa też niełatwo się dostać, bo położony jest o ponad 10 kilometrów od miasta, choć sporego to omijanego przez turystów, gdyż nie ma tam ani atrakcji turystycznych ani bujnego życia nocnego. I dzięki bogu.
Poza trudną przyprawą na Ly Son, reszta jest wyjątkowo prosta. Przede wszystkim przyjaźni ludzie, cudowni, uśmiechnięci, niespiesznie prowadzący swoje czosnkowe życie - od zbiorów do zbiorów. Po drugie klimat, czyli ciepło, cieplej, a nawet gorąco przez większość roku. Po trzecie ukształtowanie ternu. Ly Son wyspą jest wulkaniczną, na jej szczycie znajduje się wielki krater, wypełniony wodą. Wodę w kraterze trzyma wielka tama, która góruje nad miasteczkiem portowym. Do tego mamy malownicze wzniesienie, z którego widać ogromny ocean, cichutko mruczący też za wyspiarskim ramieniem. Do tego dokładamy plażę, na która tubylcy zaglądają jedynie weekendami, za to ze sporą liczbą lokalnego piwa w torbach. Poza sezonem weekendowym, plaża jest pusta, nie licząc pana z dziećmi, który w cieniu skały ma namiot z najpotrzebniejszymi rzeczami (maski do pływania, kąpielówki do wypożyczenia(!), placki i oczywiście wietnamskie piwo). Namiot - i rodzina - znajdują się jednak poza plażą. Na koniec serwujemy jeszcze świątynię buddyjską z posągiem liczącym 27 metrów.`
Generalnie z tym czosnkiem sprawa wygląda tak: czosnek rośnie raczej na terenach podmokłych, dobrze nawilżonych, w Wietnamie najczęściej w delcie Mekongu. Ale mieszkańcy wyspy wulkanicznej Ly Son wieki temu postawili uprawiać tam właśnie tę roślinę. Na piasku. A skąd wziąć piasek? Z morza. Zadanie to należało do mężczyzn, którzy wydobywali piach z głębin oddalonych od zabudowań, gdyż w terenie zabudowanym występowały jedynie koralowy żwir. Kiedy piasek został wydobyty kobiety siały. A jak zasiały, podlewały. Dwa razy dziennie, rano i po południu, gdyż słony piach skutecznie blokował młodym czosnkom skuteczny wzrost. I tak dzień w dzień od października do marca, kiedy to następuje zbieranie czosnku, które w wiosce uważane jest za święto. I fetę. Co robią mężczyźni, skoro cały piach już pozbierany, a kobiety tak ładnie opiekują się czosnkowymi polami? Mężczyźni wypływają w morze, żeby zdobyć pożywienie. Mięsne pożywienie. Na fetę i nie tylko.
My akurat trafiliśmy na Ly Son pod koniec marca, kiedy przysmak był już zebrany i wszystkie ulice wysłane były czosnkowymi kobiercami. Boisko szkolne zamienione zostało w suszarnię. Każde podwórko przydomowe było nie do przejścia. Wszędzie witały nas białe główki czosnku, schnącego w pełnym słońcu. Jeśli zabrakło miejsca przed domem lub na pobliskiej ulicy, mężczyźni rozkładali czosnek na dachach.
Uprawa w tak trudnych warunkach jest jednak opłacalna, bo specjał wyspiarski okrzyknięty został w Wietnamie "królem czosnku", dzięki czemu jest popularny, a nawet poszukiwany. Ponad 1/3 powierzchni wyspy, czyli 300 hektarów ziemi zostało przekształcone w pola uprawne, a mieszkańcy windują cenę nawet do 50 dolarów za kilogram. Chętnych nie brakuje, bo ostatnio te gigantyczne pieniądze z podziękowaniem płacą giganci z północy, czyli Chińczycy.
Dodam jedynie, że byliśmy jedynymi bladymi twarzami na wyspie, a wyraz twarzy sprzedawców, kucharek i rybaków jednoznacznie wskazywał, że dawno nie było na wyspie takich dziwolągów jak my. Może byliśmy pierwsi w tym roku... Raj.



























































