Pod pojęciem bachory rozumiem siebie i wszystkie osoby, które lubią broić (patrz: Maciek).
Wizytę w podparyskim Disneyland Resort zaczęliśmy z wysokiego C. I to dosłownie, bo po przekroczeniu bramy wejściowej zahaczyliśmy o pierwszą napotkaną atrakcję, która okazała się... roller-coasterem! I to w ciemnościach! Niewyspani, wytrzęsieni przez francuską kolejkę WKD wsiedliśmy do disneyowskich wagoników (a dokładnie trafił nam się od razu pierwszy) z nadzieją, że teraz nastąpi fraszka-igraszka dla najmłodszych, czyli podróż po kosmosie. I podróż owszem, odbyła się, ale w z prędkością światła! Ja już przy pierwszym podjeździe do góry zamknęłam oczy i nie otworzyłam ich do końca wycieczki, powtarzając w myślach: "Tyyyyylko oddychaj". Byłam przekonana, że ostatnie chwile mojego krótkiego życia, a przynajmniej zawał. Półtorej minuty spadów, ślimaków i pętli skończyliśmy jednak w wielkim stylu: Maciek zrobił się jedynie lekko zielony i dziwnie małomówny, a moje włosy ułożyły się w piękną lwią grzywę na oparciu siedzenia (zdjęcia niestety brak), wzbudzając smiech wśród obsługi. Dla niewierzących w "atrakcyjność tej atrakcji" wklejamy wizualizację kolejki:
BUDYNEK, KTÓREGO NALEŻY UNIKAĆ Z RANA:
WIZUALIZACJA TORU "KOLEJKI NA DZIEŃ DOBRY":
Po dwóch godzinach odsapnięcia po porannej przygodzie zdecydowaliśmy się na dalsze atrakcje: kolejkę górską (3 razy!), dom strachów, jaskinię piratów z Karaibów i lot statkiem z Gwiezdnych Wojen. No i oczywiście wyścigowe wagoniki Indiany Jonesa (2 razy!). Kiedy po tych wszystkich przystankach, na koniec znów wybraliśmy się w gwiezdną rollercosterową misję i tym razem wyszliśmy z takimi minami:
Czyli nie było tak źle (choć Maciek mówi, że dawno nie byłam tak gadatliwa:)
A oto nasz fotoalbum z najlepszej nibylandii Europy: Disneylandu:))
Acha, no i znaleźliśmy swój przyszły dom:










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz