środa, 5 lutego 2014

Ciocia Turystyka, czyli wizyta, która zmienia wszystko

Turystyka to jest taka dziwna pani, która można porównać do cioci z Ameryki. Wyjechała dawno temu, na tyle dawno, by zapomnieć języka. Trochę zapomniała tego rzeczywistego, ale przede wszystkim tego kulturowego. Kojarzy zapachy, większość potraw, obyczaje rodzinne, jednak w jej nowym życiu nie ma już zbyt wiele przestrzeni na te barwy sprzed wielu lat. Inne otoczenie, inni sąsiedzi i przybysze, którzy nie chcą odwoływać się do przeszłości. Wolą wygodę, ze wszystkimi plusami nowoczesności. To prawda, że ciocia w nowym życiu ma duży, piękny dom na przedmieściach miasta. To prawda, że ma w domu czarny telewizor na ścianie. I to prawda, że jej wygodne teraźniejsze życie już tylko w skrawkach przypomina to poprzednie, biedne i proste. 
Ciocia oczywiście zawsze przynosi ze sobą prezenty, szczególnie kiedy widzi, że w domu kuzynów nie wiedzie się za dobrze. Opowiada, jak cudownie żyje się w nowym kraju, jak prosto i przyjemnie. Poziom edukacji jest nieporównywalnie wyższy. O poziomie życia nie trzeba wspominać. "U nas w kuchniach stoją urządzenia z Ameryki, pijemy herbatę z filiżanek, a nasze dzieci mają eleganckie buty, w których nie można z rozpędu wbiegać do morza." - mówi. Kuzyni zazdroszczą i pytają ciocię, jak wyczarować taki raj w ich zapuszczonym zapomnianym przez świat domu. Ciocia daje złote rady, oczywiście po angielsku. Domownicy muszą szybko nadgonić, aby zrozumieć ciocię i uczyć się od niej pilnie. Ale proszę się nie martwić, nauczą się i zrozumieją. Szybciej niż się Państwu wydaje…



A teraz już bez metafor. 
Jest w Kambodży jedna wyspa, która jest wzorem dla wszystkich innych. Nazywa się Koh Rong i jest największą z wysp. Zawitała już do niej ciocia turystyka, podobnie jak odwiedziła także wszystkie większe miejscowości na linii brzegowej Kambodży. Na Koh Rong znajdziemy około dwudziestu guesthouse'ów, wybudowanych przez mieszkańców wyspy. Jest także kilka ośrodków z bungalowami, należących do zachodnich osiedleńców. Na wyspie jest jedna główna plaża, z piaskiem porównywalnym do tego na tajskiej Koh Lipe. Jest niewielki port, jednak większy od wszystkich na sąsiednich wyspach, bo Koh Rong przyjmuje znacznie więcej osób, które nie mówią w języku Khmerów. Mają oni za to co robić na wyspie. Mieszkańcy przygotowali im wspaniałe zajęcia. Mogą siedzieć w barach, które najczęściej mieszczą się w tym samym budynku, co pokoje na wynajem, tylko na parterze. Mogą sączyć piwo z Europy, słuchając przy tym kojących dźwięków muzyki z Ameryki. Mogą jeść znajome hamburgery, mogą także zamówić pizzę. Obsługa jest przyjemna i przede wszystkim można się z nią dogadać, bo pochodzi z cywilizowanych krajów Europy Zachodniej i z uśmiechem numer sześc na twarzy donosi drinki z palemką. Kiedy nasi przybysze znudzą się już wygrzewaniem na plaży, na specjalnie rozstawionych, podziurawionych szezlongach, może o zachodzie słońca wysłuchać popisów didżejskich. Muzyka disko dobra na wszystko! Dla tych, którym samo disko nie wystarcza, są także mocniejsze bodźce, bo i o trawke tu nie trudno. "Świetna zabawa dla przybyszów i dobrobyt dla miejscowych. "Przepis na sukces" - szepcze ciocia turystyka. 
Rząd kambodżański teoretycznie chroni swoje wyspy, należące do parku narodowego. Teoretycznie, bo kilka lat temu, na nie zamieszkaną przez ludzi wyspę ogłoszono przetarg. No, nie na cała, ale na skrawek przylegający do plaży. Wygrała go niemiecka para, która postawiła tu dziesięć bungalowów. Obiecali jednak rządowi, że bungalowy wybudowane będą w stylu eko. Eko także będzie prowadzenie ośrodka. 
Mieszkańcy wysp słowa eko jednak nie znają. Pędzą jak nakręceni w stronę swojej mistrzyni Koh Rong. "We want more tourist" - mówią zgodnie, budują kolorowe guesthousy i montują systemy nagłośnieniowe w barach. Prymitywny system włączany jest tylko wtedy, kiedy w knajpie pojawia się wycieczka z dalekiego cywilizowane kraju. Disko dobre na wszystko. 

I chyba tylko my zastanawiamy się, czy nazwę największej wyspy "Rong" czyta się jak angielskie słowo "wrong", czyli "źle"? 





KA, czyli od szczegółu do ogółu


Przedstawiam Państwu Ka. Ka ma jedenaście lat i jest z jednej z niewielkich wysp w Kambodży.
Ka minimalnie włada angielskim. Zapytana, gdzie nauczyła się tych kilku słów, odpowiada, że w szkole. Zapytana, gdzie jest szkoła, odpowiada, że w wiosce.  Prawda jest taka, że szkoły w wiosce nie ma. Poprzednia zawaliła się ze starości, a nowa dopiero powstaje siłą rąk mieszkańców. Prace ustały na dwa tygodnie, bo brakuje surowca. Obecnie mężczyźni karczują dżunglę, aby zdobyć kolejną partię drewnianych płyt, aby zbić z nich ściany. W wiosce są obcojęzyczne dziewczyny w wieku starszym, które uczą dzieci obcojęzycznych piosenek. I to póki co jest szkoła. 
Ulubionym słowem Ka jest "flower", czyli kwiatek. Zaczęłyśmy zabawę w nasze ulubione słowa, każde musiało być opatrzone rysunkiem. Skłamałam, że moim ulubionym jest słowo "cat", czyli kot, bo tylko kota potrafię rysować. Rysowałyśmy kolorowym plastikowym ołówkiem na kawiarnianych serwetkach. Kawiarni w tej liczącej 120 osób wiosce jest dużo. Kawiarni i barów, choć często te dwie rzeczy łączą się. W kawiarni można wypić kawę, wodę lub piwo z puszki, a właściciele,widząc turystę siadającego przy ich stoliku, od razu pytają, czy podać beer. W barze zjeść można ryż z kurczakiem, rybą, wieprzowiną, warzywami lub makaron z kurczakiem, rybą, wieprzowiną, warzywami. W każdej, na rysowanych długopisem na drewnie menu, widnieje także pozycja "Noodle soup". W naszej ulubionej można dostać noodle soup z kurczakiem, rybą, wieprzowiną lub warzywami. 
Ka ubrana była w żółty bawełniany komplet, zapewne pochodzący z jednej z fabryk na północy kraju. Ponieważ wyspa oddalona jest od lądu o ponad dwie godziny podróży statkiem, dzieciaki raczej nie wybierają się do miast. Ubrania są im przywożone przez mężczyzn raz na jakiś czas w wielkich paczkach. Byliśmy świadkami takiej dostawy, kiedy na tarasie jednego z drewnianych domów zebrało się około dwudziestu dzieci, które najpierw szybko rozpruły paczkę, a następnie zaczęły mierzyć po kolei rzeczy. Radości i śmiechom nie było końca, szczególnie u małych dziewczynek, które przyniosły na tę okazję całą plastikową biżuterię, którą posiadały. Po dziewczynkach i chłopcach przyszły kobiety, po nich mężczyźni. Każdy wziął, co na niego pasowało. 
Ka ma koleżanki o imionach Lily i Tira. Są mniejsze, młodsze. Lily ma około siedmiu lat, a Tira trzech. Dzielą jednak jedną huśtawkę, zbudowaną przez tatę jednej z nich. Huśtawka jest z widokiem na morze i plażę,która ukazuje się jedynie, kiedy jest odpływ. Morze jednak tu jest bardzo regularne, więc plaża ukazuje się o czwartej po południu i znika około siódmej. Te dwie, trzy godziny to czas mężczyzn, którzy zbierają się na tym kawałku piasku, udając, że jest to boisko. Cztery patyki służą za dwie bramki. Piłka jest profesjonalna. Codziennie po czwartej odbywa się tu przyjacielskie spotkanie, niegroźna rywalizacja piłkarska, która dziewczynki oglądają z huśtawki. Każdy mężczyzna może się podłączyć, w tym turyści. Są oni zresztą mile widziani, bo są więksi, lepiej zbudowani, a i w piłkę nożna najczęściej grać potrafią. 
Ka lubi ciastka. Kiedy ze mną rozmawia pochłania jedno z nadzieniem kokosowym , aby potem zaprezentować mi nieprzyzwoicie biały, ale oblepiony masą z ciastka uśmiech. Ciasta sprzedawane są w fabrycznych paczkach lub na sztuki, zapakowane oddzielnie. Te, które jadła Ka widziałam później w sklepie, pakowane pojedynczo. Sklepy w wiosce mieszczą się w domach. Otwarte na ulice salony, mają na ścianach podoczepiane półki, najczęściej naokoło pokoju. na pólkach znajdziemy głównie słodycze i alkohol, bo mieszkańcy nastawieni są głównie na spokojnych turystów. Jednak można też uświadczyć kawę, lokalne sosy, kilak kosmetyków. Na środku sklepu najczęściej wisi hamak, w którym buja się pani domu. Nierzadko z przystawionym do piersi dzieckiem. Ciekawe, czy Ka też mieszka w takim sklepo-domu? Musimy zapytać…

Dziś rano spotkałam Ka, kiedy szłam po owoce na śniadanie. Ka mieszka w pierwszym domu w wiosce, licząc od naszej strony. Dom jest otwarty i faktycznie jest w nim sklep, w którym kupowałam już ciastka, jednak inne od tych, które poprzednio jadła. Dziś rano patroszyła z rodziną ryby, które mężczyźni złowili nocą. Światła z niewielkich łodzi rybackich widać tu przez cała nic i jest tak wiele, jak gwiazd na niebie, którego nic tu nie zasłania. Połowy zawsze się udają, gdyż codziennie widzimy rano kobiety przemierzające wioskę, a w dłoniach ich wiszą ryby liczące nawet osiemdziesiąt centymetrów. Tego poranka Ka nie była tak śmiała jak poprzedniego dnia, po południu, kiedy rysowała ze mną na serwetkach. Przy mamie i dwóch siostrach nic do mnie nie mówiła, jedynie uśmiechnęła się na znak, że mnie poznaje. 
Po południu także widzieliśmy ją jak wracała z nauki z koleżankami. Wszystkie miały na sobie uniformy, czyste białe bluzki i granatowe spódniczki. Były boso. Kolorowe tornistry zawieszone miały na plecach lub na brzuchu. To tak zwana druga zmiana szkolna. Rano, od dziewiątej do jedenastej, uczą się dzieci małe, w wieku przedszkolnym, od pierwszej do czwartek, starsze, powyżej siedmiu lat. Dziewczęta rozeszły się w podskokach do domów (widocznie tornistry niezbyt ciężkie), by już za dziesięć minut pojawić się znowu na jedynej ulicy w wiosce. Przebrane z powrotem w swoje codzienne umorusane ubrania z bawełny i poliestru. 

Dziś Ka pokazywała nam i swoim młodszym koleżankom, jak wygląda klasyczny taniec Khmerów. Taniec wykonywany przez kobiety, oficjalny i dostojny. Pokazywała jak dokładnie ułożyć ręce, jak zginać nadgarstki, jak uginać kolana. Śmiała się z sąsiadek, że nie potrafią powtórzyć jej ruchów. Dołączył do nas na widowni 27-letni chłopak, który mieszka w wiosce dopiero od czterech miesięcy. Przeprowadził się, by pomóc rodzinie. jako jeden z nielicznych zna angielski w stopniu komunikatywnym. On też śmiał się z dziewczyn, nam zaś powiedział, że jest to pierwszy raz, kiedy widzi Ka tańczącą klasykę Do tej pory wolała wywijać przy rytmach hip-hopu. Pokaz dla nas? 

niedziela, 2 lutego 2014

O boże Kambodża, czyli o miłości do skrajności

Granicę pomiędzy Wietnamem a Kambodżą przekroczyliśmy tuż przy linii brzegowej, przy miasteczku Ha-Tien, w którym gościliśmy dwa dni. Kiedy tylko pieszo przeszliśmy przez wielkie bramy, Najpierw wietnamską, potem kambodżańską, rzuciło nam się w oczy, że zmiana urzędowa jest tak samo rzeczywista jak zmiana naturalna. A mniej enigmatycznie, jest to tak odczuwalna zmiana, jak ta, kiedy przejeżdżamy pociągiem granicę polsko-niemiecką. U nas lasy i pola w rozgardiaszu, tam w rządku, z rozwiniętą infrastrukturą. Tu nie ma takiego szoku "majątkowego", bo oba kraje bogate nie są, ale Kambodża jest po prostu kompletnie inna. Palmy, wyjałowione pola, białe krowy, słone pola - kompletnie inny kosmos. Z granice wzięliśmy taksówkę skuterową do najbliższego miasta tranzytowego, czyli Kep. Taksówka kosztuje tu 5 dolarów od osoby, a przejeżdża sporo, bo około piętnastu kilometrów. I jest dość upiorna. A to dlatego, że jeśli czytają Państwo fora, to czasem zdarza się tam ostrzeżenie, że kogoś wywieziono na środek pola i kazano zapłacić dodatkowe wynagrodzenie za dalszą jazdę. Inaczej, jazda stąd! A Kambodża ma niewiele dróg asfaltowych. A "taksówkarze", używają skrótów, żeby zwróciło im się za benzynę. I łącząc te dwa stwierdzenia, wyobrażamy sobie następujący obrazek: pędzimy zawrotnym tempem 60 kilometrów, każdy ze swoim kierowcą. Ci nagle zbaczają z drogi asfaltowej i wjeżdżają na teren świątyni buddyjskiej. Następnie omijają budynek, lądując między szczerymi polami, usianymi krowami. A na horyzoncie nic. No to wpadliśmy, myślimy. Po pierwszej minucie paniki, przypomniałam sobie jednak fragment bloga www.koniecswiata.eu, gdzie autorzy delikatnie wykładają, żeby nie dziwić się zanadto, kiedy skończy się droga asfaltowa, aby brutalnie przejść w czerwoną, żwirową trasę. Przeszła i u nas - trasa i obawa. Szczególnie, kiedy zaczęliśmy przejeżdżać przez wioski kambodżańskie, gdzie dzieciaki chóralnie odśpiewują "Hello!", biegnąc za motocyklami. Obawa przeszła oczywiście w euforię. 
W ogóle pierwsze godziny w Kambodży wspominam jako godziny zachwytu. Jest to kraj przepiękny, kompletnie wypalony przez słońce, kompletnie zrujnowany przez wojny. Ma jednak w sobie coś, co najprościej można nazwać magią. 
Kiedy tylko rozpakowaliśmy się w Kep, zjedliśmy i wypożyczyliśmy skuter, pojechaliśmy tą samą trasą, którą zostaliśmy przywiezieni, robić zdjęcia. Zdjęcia dzieciom, polom, chatom, krowom, morzu, słońcu. Tyle zdjęć przez trzy godziny chyba jeszcze nigdy nie zrobiłam. Niestety wszystkie przepadły, karta przy zgrywaniu odmówiła posłuszeństwa i jedyne dwie fotki jakie zostały to poniższe zrzuty ekranu - kilka widoków, parę dzieci.
Dzieciaki zresztą boskie. Obrazoburczo napiszę, że nie dziwi fakt, że Angelina Jolie adoptowała swoje pierwsze dziecko z tego zakątka. Kiedy robiliśmy zdjęcia, udające się na spoczynek słońce zaczerwieniło pola. Ludzie zaczęli zwoływać bydło do zagród. Brązowe dzieci z patykami biegały za białymi krowami. Inne kąpały się w stawach i kałużach. Jeszcze inne bawiły się z psami lub zasypiały spokojnie w hamakach. Widok jak inny układ słoneczny. Niebo, dla przybysza z Zachodu. 
Maciek mówi, że dla niego Kambodża przy pierwszym kontakcie to Tajlandia, tylko o kosmos biedniejsza. I trochę tak jest, bo są takie same palmy, te same przydrożne stoiska, podobne domy z desek. Tylko to wszystko nie jest takie proste, bo na tym opisywanym wyżej kambodżańskim niebie od lat rysują się chmury. Trudno podróżować po tym kraju nie myśląc o jego przeszłości. Trudno przejeżdżając przez wioskę nie zadawać sobie pytania, czy ta wioska była tu 30 lat temu. A jeśli była, to ilu mieszkało w niej ludzi, czy tyle samo. Kompletne inteligenckie wyjałowienie tego narodu widać. Jest niewiele szkół, choć w tej materii chyba coś zaczyna się zmieniać, bo przy drogach rozwieszone są tablice z dwoma obrazkami. Po lewej stronie jest dziecko pracujące przy słonym polu. Ten obrazek jest przekreślony. Po prawej, dziecko w szkolnej ławce. Żadnych podpisów, bo analfabetyzm w Kambodży sięga 65 procent. szczytem marzeń jest praca w fabryce. Turystyka tu dopiero raczkuje i to nieumiejętnie, bo miasta zmieniają się w sposób destrukcyjny na prozachodnie kolonie z hamburgerami i seks biznesem. Przykładem jest Sihanoukville, oddalone od Kep o 130 kilometrów. Mówią o tym mieście, że to kambodżańska Pattaya (hiperturystyczne miasto w Tajlandii), choć do tego nie potrafię się ustosunkować, bo w Pattayi nie byliśmy. Ale widząc, co dzieje się w Sihanouville wiem, że nie będziemy. 

Chociaż Kambodży nie było na naszej mapie jeszcze tydzień temu, to dziś wiemy, że zagościmy tu dłużej. Obecnie jesteśmy na jednej z wysp, która liczy sobie około stu mieszkańców i nie ma internetu. Ma za to spokojne życie lokalne, połowy ryb i sfory psów, należących do nikogo i karmione przez wszystkich. Czyżby raj jeszcze nie utracony? 




Wietnam w pigułce, czyli co trzeba wiedzieć. Poradnik od niewiedzących.


Jest mi niezręcznie pisać podsumowanie Wietnamu, bo myślę, że prawdziwego - lub turystycznego, kto wie - Wietnamu nie widzieliśmy zbyt wiele. Nie wiedzieliśmy tego państwa na tyle, żeby wiedzieć, co jest turystyczne, co lokalne. Co typowe, co wyjątkowe. Nie widzieliśmy głównych atrakcji Wietnamu, to na pewno. nie było w naszej marszrucie (lub lepiej motorucie) ani pływających targów ani górskich tarasów ryżowych ani Hanoi. Wszystko to miało być jeszcze miesiąc temu, ale problemu transportowe Wietnamu nas powaliły. 
Muszę tu wspomnieć, że jesteśmy Zosiami Samosiami. Nie lubimy zorganizowanych wycieczek, przewodników, tłumaczy, naciągaczy. Uważam, że uśmiech jest najskuteczniejszym językiem, a mapa najmądrzejszym przewodnikiem. Intuicja też jest niezłą towarzyszką podróży. 
W Wietnamie to wszystko zawodzi. Wielokrotnie czytałam na forach i blogach internetowych, że ktoś spędził cudowny czas w Wietnamie z lokalnymi rodzinami swoim przyjacielem z Wietnamu, który władał - nie, nie mieczem - językiem angielskim. Przewodnik/przyjaciel jest w tym kraju niezbędny. Wietnamczycy są bardzo przyjaźni, ale skromni, wycofani. Tak jak pisałam kilka dni temu, najczęstszą odpowiedzią, jaką dostaniemy od lokalnej ludności to uśmiech, zniżenie głowy lub pokręcenie głową/ręką, zawsze jednak w geście przeczącym. Wietnamczycy także mają trudność ze zrozumieniem własnych słów, nazw miast, jednak wypowiadanych przez europejczyków. Nie zawsze czytają też mapę, choć ten problem bardziej występuje w Tajlandii czy Kambodży, które mają własne pismo. Dlatego,kiedy zgubimy mapę -jak raz stało się w naszym przypadku- biada! Bo możemy polegać tylko na niej. I na samym sobie. 



Ale po kolei:

Dla kogo jest Wietnam:
Dla survivalowców. Dla ludzi, którym nie straszny kurz i robaki. Dla wszystkich, którzy lubią kuchnię z ryżem lub noodlami, choć wspomnę od razu, że to co jemy w wietnamskich knajpach w Polsce ma się nijak do tego, co serwują tutaj. Tu jest lekko, minimalnie, a w daniach nie znajdziemy pomidorów i kukurydzy, a liście. Ludzie żywią się tu przetworami z ryżu i chlorofilem. Sałatki z liści, napoje z trawy - czysty zielony barwnik, bardzo zresztą zdrowy. Można sobie skutecznie uzupełnić braki, które mamy mieszkając nad Wisłą. Korzystałam.



Jak podróżować po Wietnamie:
Są dwa główne sposoby. 
1. Przewodnik i zorganizowane wycieczki, czyli coś, czego tygrysy nie znoszą najbardziej. Ale wycieczka na pewno udana. Takie organizowane imprezy, bale i lokale są dość drogie, przynajmniej porównując do wielkości, którymi posługujemy się w Wietnamie na co dzień. Około 20 dolarów od osoby, czy to na targ wodny, czy to przejażdżka nad zielone tarasy. Za 20 dolarów w Wietnamie przeżyjemy tydzień, choć pewnie nie z takimi widokami. 
2. Podróż motocyklem. też chcieliśmy się załapać, niestety w Nowy Rok wszystko wyprzedane. Motocykl w Wietnamie kosztuje ok 300-350 dolarów, a najczęstszą trasą jest Sajgon - Hanoi, czyli z południa na północ. bagatela 1700 kilometrów na jednośladzie. Jest sporo entuzjastów takiego sposobu podróżowania, choć z tego, co czytałam wszystkim wydawało się, że będzie łatwiej. Wszak 1700 kilometrów podzielone na 14 dni daje nam nieco ponad 100 kilometrów dziennie. nie więcej niż trzy godziny. Jednak post factum okazuje się, że są odcinki, gdzie po prostu nie ma się gdzie zatrzymać i nasz odcinek ze stu kilometrów wydłuża się do trzystu, a trzy godziny do jedenastu. 
Wierzę w te błędne szacunki i faktyczny stan, bo stan dróg w Wietnamie jest gorszy niż w Kambodży. Koleiny, progi i przede wszystkim potężny tłum skuterów, nawet w rejonach bez domów. Nie wiem, gdzie ci zmotoryzowani Wietnamczycy mieszkają, bo biorąc pod uwagę liczbę domów i to, że w każdym mieszka po 4-5 osób, to i tak skuterów wydaje się dziesięć razy więcej niż miejsc do zamieszkania. 
Transport publiczny jest okrutny. Po pierwsze zawsze spóźniony, bardziej niż w Tajlandii. Lub przyspieszony, jak sobie lokalny zażyczą. O droga już pisałam, jednak biorąc pod uwagę to, że pojazdy, którymi się przemieszamy resory mają żadne,zdarza się, że na kolejnym progu podskoczymy pięćdziesiąt centymetrów do góry. I nie przesadzam. Radzę przyjąć wygodną i bezpieczną dla kręgosłupa pozycję, a w autobusach nie zajmować ostatnich miejsc, bo te najczęściej dzielimy z plecakami, oponami i narzędziami do naprawy wehikułu. Narzędzia akurat są przydatne, bo zdarzyło nam się, że autobus stanął, a wszyscy pasażerowie płci męskiej zostali poproszenie o pomoc w popchnięciu go jakieś 20 metrów. Aż zapali. 


Akomodacja w Wietnamie:
Niedroga. Dwadzieścia dolarów to maksymalna kwota za pokój czysty, standard podwyższony, a karaluchów mniej. Nie piszę o karaluchach z wykrzywieniem na twarzy, bo w tej ciepłej części świata po prostu trzeba się przyzwyczaić, że są to zwierzaki domowe. Takie mniejsze psy. 
No ale dwadzieścia dolarów, to - jak mówiła moja mama - świat i ludzie. Za 250 tysięcy wietnamskich dongów, co daje nam równowartość dwunastu dolarów, mamy pokój z własną łazienką. Za osiem dolarów z łazienką wspólną. Lepiej doinwestować te cztery dolary, choć cztery dolary w tym przyjaznym kraju to ładna kolacja. Ale jeśli stać nas na bilet w tak odległy zakątek świata, stać nas zapłacić 12 złotych więcej za dobry nocleg. 
Szukać noclegu można wszędzie. We wszystkich krajach, w których byliśmy system informacyjny zwany pocztą pantoflową został opanowany do perfekcji. Jeśli nie zapytany Wietnamczyk, to na pewno jego przyjaciel mają pokój do wynajęcia. jeśli nie przyjaciel to przyjaciel szwagra kuzyna żony. Można po prostu udać się na obiad i powiedzieć, że jesteśmy tuż za rogiem, jak coś się znajdzie, proszę nam dać znać. 
Od razu jednak - i tu uczulam - od razu pytajmy o cenę, gdzie to jest, jakie warunki (ciepła woda, toaleta, widok). I przede wszystkim nie dawajmy się naciągać… naciągaczom, którzy owszem, zaprowadzą lub podwiozą, a potem, na wzór egipski wyciągają łapkę po swoje. Pytać i pilnować portfela - oto nasze motto. 
Co ważne w hotelach: pokój "standard" najczęściej oznacza pokój bez okna. Pokój "deluxe", "superior" to już pokój z oknem. To nas zaskoczyło. 


Jedzenie w Wietnamie. 
wszystkie, ale to wszystkie stragany straszą lub przyciągają nas (zależy kogo) wiszącymi ciałami kur lub ryb. Włączają nam w głowie kaseton z napisem "Przetwory mięsne". Siadamy, zamawiamy, kurczaka z ryżem. Dostajemy ryż, sporo. Cudownie, myślimy. A potem dostajemy liście z z kurczakiem w proporcjach 4:1. 
O daniach wegetariańskich niewielu Wietnamczyków słyszało, jednak nawet zmawiając niejarskie danie, spokojnie kurczaka jesteśmy w stanie odsunąć na bok. 
Zamawiając zupę Pho bądźmy przygotowani na… bulion/wywar. Dostaniemy do tego… - proszę zgadnąć - liście! A potem koszyk sosów do doprawienia. Jak doprawimy, taka będzie zupa. I nie ma zwalania na kucharza!
No i trzeba spróbować sajgonek w Sajgonie. To taki standard przewodnikowy, ale są pyszne. Jeśli ktoś lubi liście :)
Kawa w Wietnamie jest wyśmienita. Chociaż ja obrałam postanowienie, że podczas naszej podróży nie tykam kawy, to jednak podpijam łyżeczką od Maćka. Taka dobra! Mocna, że aż gęsta, słodka, że aż deserowa. I tu, podobnie jak o herbatę, pytamy o kawę i pokazujemy palcami wielkość niewielkiej szklanki, wtedy sugerujemy, że nie chcemy Ice coffee. 




Ceny w Wietnamie:
To najtańszy kraj w którym byliśmy - zupa 1 dolar, Powyżej tej kwoty - wersja deluxe lub po prostu turystyczna ulica. Zdarzało się, że za pół dolara mieliśmy na targu pyszne dwie zupy. 
Jeśli inny obiad na ulicy (a radzę jeść na ulicy) to przygotujmy 3 dolary. 
Skuter wypożyczymy w Wietnamie za 4 dolary w dużym mieście, za 6 w małym (ceny już po targach). Tak, w małym mieścinach takie rzeczy są droższe niż w dużych miastach. I tak, też nas to dziwi.


Co wziąć: 
Aparat. 
Ciuchów nie trzeba, tanie jak barszcz. Za koszulkę na ramiączka na bazarze zapłacimy 6 złotych, choć ciężko znaleźć taką bez cyrkonii i innych aplikacji. Albo bez loga Galvin Klein, Coca Chanel czy Adadis. Z butami jest podobnie, bo ładne baletki znajdziemy za 110 tysięcy dongów, czyli 5 dolarów.
Wietnam także ma piękne tkaniny - coś dla pań. Gdybym znała się na materiałach, na pewno przywiozłabym skrawek na sukienkę lub obrus. jednak nie znam się, a wolę uniknąć sukienki we wzór ceraty, jeśli okaże się, że dobrałam zły materiał do złego zastosowania.  Ale tkaniny bardzo polecam, bo wzory rzeczywiście piękne.
Słownik. Inwestycja szybko się zwróci w postaci komfortu. 



Targowanie:
Można. Wietnamczycy od razu dadzą Państwu znać, kiedy przesadziliśmy, bo wycofują się. jest to szczere i wiemy, że nie zejdą tak nisko. Targowanie wygląda tak, że my schodzimy o 40 procent ceny, sprzedawca powraca do ceny obniżonej o 20 procent, a my wtedy próbujemy z tej zejść. I wiemy, czy zejdzie czy nie zejdzie. 
Najlepiej wyciągnąć od razu pieniądze, przygotować sugerowaną przez nas sumę. Wiadomo, że człowiek zakochuje się głownie przez oczy, więc tak łatwiej nam jest dobić targu. Tak zbiłam bluzę ze 150 tysięcy dongów na 120 tysięcy dongów (z 8,5 dolara na 6). Pan nie chciał opuścić, wyjęłam sumę i wyciągnęłam w kierunku sprzedawcy, mówiąc "I'll give you 120 thousand dongs." (Dam Panu 120 tysięcy dongów.) Wzięłam w drugą rękę bluzę. Uśmiech. Targ dobity. 

Nie przesadzajmy jednak z targowaniem, szczególnie jeśli mamy po drugiej stronie miłego sprzedawcę. Pamiętajmy, że dla nas w Wietnamie i tak jest tanio, a pan/pani ma rodzinę na utrzymaniu. Nie warto. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...