Jeśli zastanawiali się Państwo kiedyś, jak wygląda życie w raju, to proszę się więcej nie kłopotać. Przedstawiam je na zdjęciach poniżej :)
wtorek, 11 czerwca 2013
poniedziałek, 10 czerwca 2013
Chora sfora, czyli poranek z kotami (to chyba będzie siedmioodcinkowy serial)
Stan błakających się kotów (z jednym okiem, z połową ucha etc.) powiększa się. W tej chwili - drugi poranek - stan przybywających na poranne mleko sierściuchów równa się trzy.
Popołudniami dane demograficzne rosną. Do sześciu.
Dziś rano odpowiadałam przy lichej kawie na Państwa maile z weekendu. Koty dzielnie mi dopingowały. Stukot palców o klawiaturę laptopa jest dla nich dźwiękiem nader kuszącym. Dźwięk robionego smartfonem zdjęia, to już nowinka nie do pojęcia. Wkładają nosy w "wizjerek", siłując rozwikłać zagadkę trzaśnięcia, które na pewno nie pochodzi od Matki Natury.
Cudne są te chorwackie koty, chociaż nie najzdrowsze. Na schodkach, prowadzących z tarasu do domu mogłabym założyć lokalny cyrk pcheł. Jeden z kotów nie otwiera do końca oka. Nie jest zabliźnione, chore, ale po prostu lekko zaniedbane. Przemyć i po sprawie. Póki co kot jednak nie daje się głaskać dłużej niż 3 sekundy. Może siódmego, ostatniego dnia uda mi się rzutem na taśmę go opatrzyć.
Poza tym zabrałam na wakacje książkę "Łowcy Milionów" wydaną przez Agorę. Są to wywiady z przedsiębiorcami roku, wybieranymi przez firmę Ernst&Young. Jest to zwinnie i zabawnie napisana książka, że przyczytałam ją... w podróży! Mieliśmy czterogodzinne opóźnienie, więc czasu starczyło. Ale teraz klops, nie ma czytadła. A dziś niebo lekko zachmurzone...
A poniżek moi "Łowcy" i asystenci.
Popołudniami dane demograficzne rosną. Do sześciu.
Dziś rano odpowiadałam przy lichej kawie na Państwa maile z weekendu. Koty dzielnie mi dopingowały. Stukot palców o klawiaturę laptopa jest dla nich dźwiękiem nader kuszącym. Dźwięk robionego smartfonem zdjęia, to już nowinka nie do pojęcia. Wkładają nosy w "wizjerek", siłując rozwikłać zagadkę trzaśnięcia, które na pewno nie pochodzi od Matki Natury.
Cudne są te chorwackie koty, chociaż nie najzdrowsze. Na schodkach, prowadzących z tarasu do domu mogłabym założyć lokalny cyrk pcheł. Jeden z kotów nie otwiera do końca oka. Nie jest zabliźnione, chore, ale po prostu lekko zaniedbane. Przemyć i po sprawie. Póki co kot jednak nie daje się głaskać dłużej niż 3 sekundy. Może siódmego, ostatniego dnia uda mi się rzutem na taśmę go opatrzyć.
Poza tym zabrałam na wakacje książkę "Łowcy Milionów" wydaną przez Agorę. Są to wywiady z przedsiębiorcami roku, wybieranymi przez firmę Ernst&Young. Jest to zwinnie i zabawnie napisana książka, że przyczytałam ją... w podróży! Mieliśmy czterogodzinne opóźnienie, więc czasu starczyło. Ale teraz klops, nie ma czytadła. A dziś niebo lekko zachmurzone...
A poniżek moi "Łowcy" i asystenci.
niedziela, 9 czerwca 2013
Czerwcowe życie nad Adriatykiem, czyli laba
Blog niestety wciąż jest spamowany na potęgę, a rozmowa informatyków z firmą Google zacieniona jest chmurą beznadziei.
W Dekorniku praca wre, wszystko wróciło na swoje miejce, choć wymagało to od chłopców IT karkołomnych kombinacji, łącznie z przeniesieniem operatora domeny, wyczyszczenia panelu strony etc. Generalnie było to mnóstwo rzeczy na których znam się niewiele, ale ważne że poskutkowały. Maile zaczęły przychodzić i ciężko pracujemy, żeby wszystko znów weszło na dawne tory. Chyba się udaje.
A dokładnie to ciężko pracowaliśmy do wczoraj, bo dziś wyjechaliśmy na zaplanowane kilka miesięcy temu wakacje. Do miescowości Cavtat, 15 km od Dubrownika, w Chorwacji.
Dom z 1937 roku, zarośnięty i cały przyozdobiony pastelowymi makatkami. Porcelana klasyk, szklanki literatki, koce tkane, a szafy ręcznie malowane. Jedyne, co mogę powiedzieć, to że po tych dwóch nieźle stresujących dla mnie miesiącach...
O mojej miłości do greckich i chorwackich mikrokotów nie muszę wspominać. Jedzą z nami każdy posiłek...
Tym razem nie zapomnieliśmy aparatu i będą pięęękne fototapety. Bo tu jest naprawdę pięknie.
Obfotografuję dom (ładujemy baterię do apartu, więc zadanie przesunięte jest na jutrzejszy poranek) i przekażę kontakt do właścicieli. Warto - niedrogo, do plaży (pustej) ok. 50 metrów, do sklepu i lokalnej (!) knajpki też. I babciny klimat pozostał...
W Dekorniku praca wre, wszystko wróciło na swoje miejce, choć wymagało to od chłopców IT karkołomnych kombinacji, łącznie z przeniesieniem operatora domeny, wyczyszczenia panelu strony etc. Generalnie było to mnóstwo rzeczy na których znam się niewiele, ale ważne że poskutkowały. Maile zaczęły przychodzić i ciężko pracujemy, żeby wszystko znów weszło na dawne tory. Chyba się udaje.
A dokładnie to ciężko pracowaliśmy do wczoraj, bo dziś wyjechaliśmy na zaplanowane kilka miesięcy temu wakacje. Do miescowości Cavtat, 15 km od Dubrownika, w Chorwacji.
Dom z 1937 roku, zarośnięty i cały przyozdobiony pastelowymi makatkami. Porcelana klasyk, szklanki literatki, koce tkane, a szafy ręcznie malowane. Jedyne, co mogę powiedzieć, to że po tych dwóch nieźle stresujących dla mnie miesiącach...
Tym razem nie zapomnieliśmy aparatu i będą pięęękne fototapety. Bo tu jest naprawdę pięknie.
Obfotografuję dom (ładujemy baterię do apartu, więc zadanie przesunięte jest na jutrzejszy poranek) i przekażę kontakt do właścicieli. Warto - niedrogo, do plaży (pustej) ok. 50 metrów, do sklepu i lokalnej (!) knajpki też. I babciny klimat pozostał...
wtorek, 21 maja 2013
Krzywo w Pizie, czyli prosta droga z Polski do Włoch
Wyrwaliśmy się na 3 dni do Pizy i Florencji. Maciek akurat miał urodziny, trafiły się bilety w pięknej cenie, więc postanowiliśmy skorzystać z okazji i uciec na weekend. Uciec od remontu, braku czasu i wiosny (już w sumie lato, prawda? :)
Piza jest piękna. Każdy spodziewa się piękna po Florencji, ale po jej mniejszej sąsiadce spodziewamy się jedynie dziwnej, przekrzywionej wieży. Piza jednak urzeka szeroką rzeką i wąskimi ulicami. To nie jest miasto turystyczne, to miasto studenckie, co można śmiało przełożyć na przymiotnik "tanie". Kawa 1 euro, lody 2.50 euro, w przeciwieństwie do Florencji, w której - w centrum - trudno znaleźć mroźne pyszności za mniej niż 4 monety. Piza jest tak niedroga, że nie ma nawet sensu wynajmować mieszkania z aneksem kuchennym, tu po prostu NAPRAWDĘ wszyscy jedzą na mieście, marketów brak.
Pierwszego dnia usiedliśmy z Maćkiem nad brzegiem rzeki (Arno), na murku, z którego widać połowę panoramy miasta i… zamilkłam. A kiedy Maciek zapytał po kilku minutach nad czym tak myślę, odpowiedziałam: "Pasę oczy" :) Bo Piza ślicznym, normalnym, urokliwym, studenckim, tanim, lokalnym, psim i kocim miasteczkiem jest. Polecam.
Z kuchni "ichniejszej" polecam CECINĘ [czeczinę], czyli placek z mąki ciecierzycy, oliwy z oliwek i wody. Co ciekawe, w restauracjach wkłada się ten placek pomiędzy dwa kawałki focacci, czyli... innego placka. Jedna taka kombinacja wystarczy jako duży podwieczorek dla dwóch osób.
Po przyjeździe jednak zastała nas przykra niespodzianka. Nawet nie tyle nas, co naszego kolegę, który opiekował się mieszkaniem. Na parterze budynku zatkała się rura, odplyw kuchenny, a my - jako mieszkańcy drugiego piętra - ucierpieliśmy chyba najbardziej. Kilka godzin akcji ratunkowej w wykonaniu Piotrka (kolegi) i teraz nasze modły, żeby klepka nie wstała. Bo szkoda byłoby oryginału...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























