piątek, 7 listopada 2014

Dwa miasta w Maroku, czyli biało, czerwono, pięknie...

Bardzo chciałabym pisać systematycznie, jednak jedną z rzeczy deficytowych w Maroku jest internet.Teoretycznie jest wszędzie, praktycznie zawsze coś stanie mu na przeszkodzie, żeby funkcjonował tak, jak powinien. Ostatnio był to portier w recepcji hotelu, który nie znał hasła dostępu. Ten sam portier spytał nas zresztą, czy jesteśmy małżeństwem, inaczej nie wynajmie nam pokoju. Spragnieni poduszek pod głowami, skłamaliśmy. I niech nam siła wyższa (i pan z recepcji) wybaczy. 

Ale nie o tym. Dziś o dwóch magicznych miastach Essaouira i Marrakesz. Dwa bieguny oddalone od siebie zaledwie o 150 kilometrów mogą podzielić turystów na dwa obozy. Essouira to miasto białe, Marrakesz to miasto czerwone. Essouira to miasto portowe, Marrakesz położony jest u stóp gór. Essaouira to miasto lokalne, Marrakesz to miasto turystyczne. 



Do Essaouiry trafiliśmy przypadkiem. Z tak małej mieściny jak Imsouane (poprzedni post, czytaj tutaj) trudno wydostać się ogólnymi środkami komunikacji, ponieważ te tam nie dojeżdżają.Jesteśmy zdani na taksówki, które zresztą w Maroku są chyba najpopularniejszym środkiem transportu. Poprosiliśmy naszego gospodarza Hassana, żeby ściągnął nam kogoś,kto jest w stanie wydostać nas z Imsouane. Z mieściny surferskiej do Marrakeszu jest około 250 kilometrów, do Essouiry zaś jedyne 90. Koszt rozkłada się następująco: Marrakesz - 100 euro, Imsouane 30 euro . Podjęliśmy decyzję,że przeniesiemy się do bliźszego (tańszgo) miasta, a następnie znajdziemy niedrogi autobus do tego dalej położonego.

Załączam zdjęcia z obu miast, choć zdjęć z Essouiry jest znacznie więcej ze względu na mniejszą liczbę turystów. Miasta poznają Państwo po kolorach, ponieważ w tym pierwszym naprawdę trudno znaleźć budynek w kolorze Sahary, a w tym drugim nie uświadczymy barw oceanu. Essaouira to miasto dla tych, którzy nie lubią zgiełku. Można tu odpocząć, szczególnie jeśli znajdzie się swoje miejsce na herbatę z miętą. My ponad godzinę siedzieliśmy w kawiarni na wielkim placu, tuż przy murach obronnych. Maciek wyznaczał nam marszrutę, a ja konwersowałam z przemiłym Francuzem w wieku emerytalnym. Francuz uciekał z żoną do Maroka co roku, przed zimą. Uciekał na cztery miesiące (moje marzenie). Powyżej czterech miesięcy podobno trzeba już wyrobić wizę. Przebywając tu powyżej trzech miesięcy należy jedynie założyć konto bankowe i przelać fundusze z banku francuskiego do marokańskiego. Kwoty wpłacane w gotówce nie są przyjmowane, ze względu na uprawiany tu proceder “prania pieniędzy”. Jest to dla mnie rozczulające, kiedy widzę krzepkich dziadków, rozbijających się po Europie/Afryce/Azji w poszukiwaniu lepszego miejsca na gorszy czas. Spotkaliśmy Szwedów w Grecji, Anglików i Niemców w Kambodży, Norwegów w Tajlandii, teraz Francuzów w Maroku. Takich, którzy dzielą swoje życie na to “zarabiające” i to “nagradzające”. To krzepiące uczucie, jeśli ciężka praca (spotykaliśmy samych pracowników fizycznych) i zarobki w państwie rodzimym, podstawowym, pozwalają na takie życie. 
Zupełnie inny stosunek do przybyszów mają oczywiście Marokańczycy. Różnica “finansowa” pomiędzy jednymi a drugimi jest powalająca. Choć mój francuski dziadek uparcie twierdził, że w Essaouirze wszyscy są dla niego przemili. A co jest mówione po kątach, to już nie jego. My kilkukrotnie spotkaliśmy się z tym, że mieszkańcy podchodzili do nas i dziękowali za odwiedzenie ich kraju. I to jest rozczulające. 















Marrakesz z kolei to miasto wariackie. Zgiełk, handel i jednoślady, prujące po wąskich uliczkach Mediny w prędkością światła. Medina to stare miasto, zamknięte murami obronnymi. To jeden wielki targ, gdzie kupimy od tuszy wołowej i przypraw po maski afrykańskie i meble. Medina dzieli się jeszcze wewnętrznie na Suk, czyli oryginalny targ sprzed … lat oraz targowiska ościenne, troszkę świeższe, nowsze. Przeczytałam na jakimś blogu, że Marrakesz to miasto,które warto odwiedzić i… jak najprędzej z niego uciekać. Podpisuję się pod tym zdaniem. Pochodzić, pooglądać, poprzekręcać głowę na prawo i lewo, powdychać, pogadać, pożartować. I uciekać, bo decybele mogą uczynić spustoszenie w psychice. W Marrakeszu warto zatrzymać się na jedną noc ze względu na cudowne hotele - riady - na starym mieście. Prawie każdy z nich ma fantastyczny plac w środku, otoczony pokojami, nierzadko także basen lub drzewka owocowe. To przystanki jak z bajki: kolorowe tkaniny, czajniki i lampiony jak dla Dżina, ceramika budząca pląs w oczach, a do tego tarasy i szklarnie. Zamiast tysięcy nocy, spędźmy tu jednak jedną, aby przeczekać do świtu. Ten czas wystarczy, aby urzec oczy i zmęczyć uszy. Marrakesz nigdy nie zasypia i nawet w nocy dotrą do nas odgłosy śmiechu, kłótni, przekomarzań.




3 komentarze:

  1. O matko, te niebieskie płytki - przywiezliście trochę???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przywieźliśmy, ale w tym tygodniu wypuszczamy okleiny, inspirowane wzorami marokańskimi. Są zbyt piękne, żeby nie wnieść ich do Dekornika. :)

      Usuń
  2. Czy nadal mają Państwo te okleiny?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...