środa, 15 stycznia 2014

Georgetown, czyli sajgon po malezyjsku.

Penang (czyt. Pinang) nas wciągnął. Co to jest proszę Państwa za miasto! Mieliśmy być w Sajgonie za tydzień, ale prawdziwy sajgon dopadł nas już teraz.

Przywitał nas Penang dosyć upiornie, bo jadąc do miasta autobusem przez ….. most, zatrzymujemy się w nieładnej części Georgetown i od razu przez głowę przelatuje nam myśl "Czy popełniliśmy błąd przyjeżdżając tu?". Autobusy z dworca jadą do samego centrum miasta i kiedy wysiadamy na stacji docelowej, zadajemy sobie po raz drugi to samo pytanie. Nad nami góruje wielkie centrum handlowe z wieżą o wysokości pięćdziesięciu metrów, a po obu stronach widzimy jedynie walące się dwupiętrowe domy z szyldami znanych fastfoodów. Idziemy więc szukać hotelu lub - jak w naszym przypadku - wcześniej wynajętego mieszkania i na każdym skrzyżowaniu wciąż w dopadają nas te same wątpliwości.  Miasto jest gorące, brudne, krzyczące i nieprzyjazne.
Przynajmniej mieszkanie mamy ładne, pomyśleliśmy rozpakowując plecak. Wyszliśmy na miasto i powaliła nas liczba kompletnie zrujnowanych budynków. Żadnego poszanowania dla kolonialnych budynków, spuściźnie po Anglikach, pomimo, że miasto wpisane jest w rejestrze Unesco. Jeśli Roman Polański będzie kręcił następny film, thriller lub kryminał, zapraszamy do Georgetown. O plenery i scenografię nietrudno.









Następnego ranka popędziliśmy wypożyczyć skuter. I jest to jedyna słuszna decyzja. Georgetown nie da się zwiedzać na piechotę. Po pierwsze, jest za duże. Liczy 2.5 miliona ludzi, a patrząc za zagęszczenie na ulicach wydaje nam się, że w dniach wizytowania zjechała się tu cała Malezja. Po drugie, ze względu na temperaturę. Średnio w roku jest to 31 stopni. W mieście, gdzie nie uświadczymy przewiewu, temperatura odczuwalna to jakieś 36-38.
Na skuterze zrobiliśmy objazd miasta, co wcale nie jest takie proste. Ruch lewostronny plus inna sygnalizacja świetlna, bezkolizyjna. Teoretycznie z tą sygnalizacją proście, gdyby nie to, że nikt tu jej nie przestrzega. A drogi trzypasmowe.

Okazało się, że Georgetown ma trzy twarze :). Pierwsza to ta zadbana. Okazało się, że jest w mieście kilka budynków, które wyglądają jak wypolerowane. Są to budynki państwowe, uniwersytety i szkoły oraz drogie hotele. I wszystkie mieszą się na wybrzeżu. Cały urok psuje jednak poprzeplatanie ich ruinami. Kiedy idziemy ulicą najpierw musimy minąć trzy budynki, które mogą służyć jako tło gry o zombie, potem mijamy bielusieńki odrestaurowany hotel SPA. I zamiast zachwycać się białym, bardziej i gorzko myślimy o poprzedniku.


Drugie oblicze Georgetown to to mieszkalne. Budynki o 20, 25 kondygnacja, wszystko w standardzie dwie, trzy gwiazdki (skoro już zaczęliśmy o hotelach). Osiedla zamknięte, zawsze z dumnymi szyldami, choć lata świetności mają już za sobą. Tak mieszka większość.

I trzecie oblicze to zrujnowane kolonialne centrum - Chinatown i Little India. No i tu, proszę Państwa, się dzieje! Rano - targi z jedzeniem, wieczorem - knajpki z jedzeniem. Taka mieszanka kuchni, że wiadomo, na coś zdecydować, czy na Laksi, czy na Roti Chanai, czy może na coś chińskiego. Miliony małych uliczek, turystów niewielu, a atmosfera ciężka, ale wesoła.


C = Chinatown
I = Little India
Ładnie = kolonialne wybrzeże
My = nasze mieszkanie, o którym w kolejnym wpisie. Bo warte odnotowania.




















Wyczytałam na jednym z blogów, że wyżej wymienione dzielnice to istny "syf, kiła i mogiła". Na innym, że "Georgetown to miasto nudne". Dlatego napiszę, że nie każdemu się spodoba. Poziom brudu naprawdę przeraża, poziom nudy - ani trochę. O siódmej wieczorem słychać na ulicach modlitwy z różnych świątyń (nie tylko z meczetów), wieczorem zawsze można natknąć się na tańczących hindusów, nocą na Chińczyków, którzy wyszli zapalić kadzidła i świeczki w przydomowych ołtarzach. Zależy, co kto lubi. Jeśli lubią Państwo - jak my- włóczyć się z aparatem po tzw. coin noir (czarne zakątki) i poznawać zwyczaje różnych nacji, to Georgetown jest dla Państwa. Jeśli drink z parasolką, to nie a co tu zaglądać.


No i Georgetown w deszczu to widok nieziemski. Maciek porównywał go do początkowych scen z filmu "Łowca Androidów". Podobne?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...